Encyklopedia Rocka

Black Sabbath, O2 Arena, Praga, 07.12.2013 r.

Kto: Uncle Acid & the Deadbeats, Black Sabbath
Gdzie: O2 Arena, Praga, Czechy
Kiedy: 07.12.2013 r.

Setlista:

1. War Pigs
2. Into the Void
3. Under the Sun
4. Snowblind
5. Age of Reason
6. Black Sabbath
7. Behind the Wall of Sleep
8. N.I.B.
9. End of the Beginning
10. Fairies Wear Boots
11. Rat Salad/Tommy Clufetos Drum Solo
12. Iron Man
13. God Is Dead?
14. Dirty Women
15. Children of the Grave

Bis:
16. Paranoid

Od reunion w 1997 roku przy okazji każdego koncertu Sabbath pod halą ta sama śpiewka. Jedni mówią, że to już ostatnia okazja, żeby zobaczyć zespół na żywo, bo zaraz się rozpadną, przejdą na emeryturę albo na drugą stronę... Drudzy dodają, że i dobrze, bo słyszeli (kiedyś na bootlegach, teraz to - już nawet widzieli - na YouTube) parę ostatnich występów i Ozzy śpiewa fatalnie, a do tego ledwo się rusza i w ogóle... I wszystko to pryska wraz z pierwszymi taktami War Pigs...

Już pod halą można było zauważyć, że Polaków mnóstwo. Choć, w sumie bardziej usłyszeć - wszechobecne "kurwa" niosło się niestety wszem i wobec. Nie brakowało i gości z Niemiec. Wśród publiczności dominowało pokolenie 50+. Co godne odnotowania ludzie przychodzili całymi rodzinami, model "rodzice + przynajmniej jeden nastoletni młodzian" był wyraźnie widoczny. I - widziałem na własne oczy - wszyscy na koncercie doskonale się bawili...

Ale najpierw trzeba było sforsować fortecę. Niemalże godzina czekania, a w środku jak na lotniskach, a może i skrupulatniej? Zawartość kieszeni do koszyczka, potem przejście solo przez bramę, pozycja "płaszcza ekshibicjonisty" i kontrola wykrywaczem diabliwiedzączego, potem w końcu kasownik do biletów i uff, do środka. A ileż nerwów było przy tych bramkach, ile plecaków wylądowało w koszu, bo wszak osobne wejście dla takich, bo i z pustym nie można. Gdzież ten świat zmierza?

Punktualnie o 20 scenę objęli Uncle Acid & the Deadbeats. Retro zespół nawiązujący do rocka lat 60. i 70., tak muzyką, jak i strojami (od idealnie sformatowanych na kształt epoki kolegów odcina się tylko perkusista) wypadł bardzo fajnie. W uszy rzucało się fantastyczne, selektywne brzmienie, a i utwory ciekawe. Panowie dali ciekawy 45-minutowy koncert i choć niekiedy było może zbyt monotonnie i trzeba popracować nad konferansjerką, to ducha epoki zdecydowanie udało im się wskrzesić i w atmosferę całości wprowadzili znakomicie. Brzmienie ich gitar i fajne wokale na dwa głosy zapadły mi w pamięć, zdecydowanie warto się tą ekipą zainteresować.

Pięć minut przerwy, scena zasunięta kurtyną, syreny alarmowe i... Let me hear you!!. Kiedyś Ozz wbiegał, ostatnio dostojnie na scenę wkraczał, teraz kurtyna do góry i Mistrz Ceremonii już tam stoi. Iommi, jak zwykle majestatycznie, po prawej stronie, z wielkim paskiem od gitary z wygrawerowanym nazwiskiem, prezentował się bardzo dobrze, ani śladu poważnych problemów zdrowotnych. Z kolei u Geezera wyraźnie widać upływ lat, natomiast jeśli chodzi o grę na basie, wciąż robi to w swój charakterystyczny opętańczy sposób, ze znakomitym efektem. No i Tommy Clufetos za perkusją. Ze swojej roli wywiązał się kapitalnie.

Otwarcie było doskonale (oczywiście War Pigs), publiczność reagowała gorąco i oczywiście znakomicie dośpiewywała co drugi wers. Za chwilę już Into The Void i potem Under The Sun, które wypadło po prostu rewelacyjnie. To, że Iommi i Butler zagrają świetnie - było wiadomo. To, że Clufetos, choć z młodego pokolenia i ma swój specyficzny "siłowy styl", dobrze się sprawdzi w roli zastępstwa Warda też. Największą niewiadomą był Mr. Osbourne. Ale już po trzech utworach wątpliwości były rozwiane.

Po Ozzym (rozpoczynającym w płaszczu, a potem jak to Ozzy - z litrami wody wylanymi na siebie) zdecydowanie widać upływ lat. Nie ma już wiader czy węży z wodą, nie ma specjalnie biegania po scenie, skoków, im dalej w koncert tym częściej wisi na mikrofonie i wije się lekko groteskowymi ruchami. Porusza się też mocno zgarbiony. Ale - ta iskra szaleństwa i radość grania wciąż w nim jest ogromna. W efekcie - wciąż magnetyzuje publikę i robi z nią co chce. Co z tego, że repertuar zagrywek znany na pamięć, skoro ciągle to działa (stop, doszło dowcipne "kukanie" do mikrofonu - tak, "he's still crazy"). To wciąż ten sam Ozzy co 40, 30, 20 czy 10 lat temu. To wciąż te same ruchy, te same gesty, tyle że w wykonaniu gościa 65-letniego. Ot i cała różnica. Gość wciąż daje z siebie wszystko, nie oszczędza się! Co jednak najważniejsze - Osbourne tego dnia śpiewał naprawdę znakomicie. Cholera, miałem obawy, ale wypadł super. Nie było żadnego stetryczenia czy dziamdziania. Owszem, zdarzało mu się pomieszać teksty (End of The Beginning), gdzieś tam nawet zaaferowany zapomniał jaki utwór zapowiedział (Dirty Woman), a szukając pomocy u Geezera i Tony'ego spotkał się jedynie z szyderczymi uśmiechami, a po chwili i widzowie mogli się śmiać widać porozumiewawcze spojrzenie tych dwojga, mówiące "no cóż, Ozzy".

Właśnie. Nie pamiętam takiej chemii na scenie między Iommim, Butlerem i Osbournem. Różnie między nimi na przestrzeni lat bywało, na niektórych trasach wydawało się, że Ozzy trochę z boku, że nie do końca mu po drodze z Iommim... Teraz natomiast było widać niesamowitą radość bijącą ze sceny. Radość wspólnego grania i chęć koncertowania. Jakże przyjemnie było patrzeć na Osbourne'a i Iommiego co chwila wymieniających uśmiechy. I nawet groźny Geezer parę razy się spod wąsa uśmiechnął...

Z tyłu dość sporej sceny oprócz zbliżeń na muzyków prezentowano też różnego rodzaju "wizualia", jak to teraz w modzie. Jak dla mnie były one zbyt dosłowne, wręcz prostackie (Snowblind, Dirty Women), niesmaczne i obrazoburcze (Under The Sun), tudzież niemające za wiele wspólnego z utworem, a na zasadzie "byle szokować" (Fairies Waer Boots). Jak dla mnie - niepotrzebne to zupełnie. Muzyka broniła się sama.

Setlista nie zaskoczyła. Obok klasyków, spośród których wyróżniłbym Under The Sun, N.I.B., Black Sabbath, Fairies Wear Boots i Dirty Woman zabrzmiały trzy numery z nowej płyty. Age Of Reason zachwyciło finezyjną gitarową końcówką, ale było tak sobie zaśpiewane. End Of The Begining podobało się, choć wciąż drażnią kalki z Black Sabbath. Zatem zdecydowanie najlepiej wypadło God Is Dead?, fajnie, powoli się rozpędzające, aż do szalonej końcówki z mistrzowskimi solówkami Iommiego. Zagrali aż 16 numerów, prawie 2 godziny. Oczywiście pod koniec Rat Salad z zostawionym na parę minut Clufetosem ze znakomitą, prezentującą nie tylko ogromną siłę i wytrzymałość, ale i finezję solówką. A potem, kiedy trójka "dziadków" wróciła po przerwie "regeneracyjnej", jeńców już nie brali. Poleciały Iron Man, Children of the Grave czy Paranoid...

Liczę na to, że utrzymają taką formę do Łodzi w 2014 roku. To była naprawdę kapitalna muzyczna uczta, na którą zdecydowanie zasłużyli i polscy fani.