Encyklopedia Rocka

Rocket Festival, Szczecin, 27.02.2015 r.

Kto: Oberschlesien, Chemia, Muchy, Luxtorpeda, Happysad, Pidżama Porno
Gdzie: Azoty Arena, Szczecin
Kiedy: 27.02.2015 r.

W 2014 roku Szczecin w końcu dorobił się hali sportowo-widowiskowej z prawdziwego zdarzenia, dzięki czemu w końcu coś w mieście drgnęło, również jeżeli chodzi o rockowe koncerty. Jednym z tego przejawów, jest to, że kolejna edycja objazdowego Rocket Festival z czołówką polskich rockersów, zawitała na deski Azoty Arena. I dobrze, bo frekwencja była znakomita, tak jak i skład festiwalu: Oberschlesien, Chemia, Muchy i główne gwiazdy: Luxtorpeda, Happysad oraz wskrzeszona Pidżama Porno. Trochę szkoda, że zabrakło jakże bliskiego miejscowej publiczności Heya, ale z drugiej strony - kogo drużyna Nosowskiej i Krawczyka miałaby zastąpić?

Kiedy wszedłem na płytę, na scenie akurat pojawił się Litza ubrany... w kurtkę, który z miejsca wziął gitarę, podszedł do mikrofonu i powiedział, że jadą z koksem. Krótka próba dźwięku dokonana przez samych muzyków, prośba do akustyka, żeby pominął intro (chcemy zagrać jak najwięcej - rzucił lider zespołu) i chwilę później, zgodnie z rozkładem jazdy, ruszyła maszyna po szynach... z ogromną mocą. Wstyd się przyznać, ale jakoś z koncertami tej kapeli, którą bardzo sobie cenię, było mi do tej pory nie po drodze. Cieszę się jednak, że w końcu się udało, bowiem występ był najwyższej klasy. Warto nadmienić, że ledwie dzień wcześniej Litza grał z KNŻ w Krakowie oraz, że był to szczególny występ dla drugiego gitarzysty, Roberta "Drężmaka" Drężeka, szczecinianina.

Grupa fajnie prezentowała się wizualnie - świetnie sprawdza się pomysł z ustawieniem w w jednym rzędzie - ale i kapitalnie brzmiała. Czyste, niezwykle selektywne brzmienie trochę złagodziło nawet te najostrzejsze numery, w zamian można było mocniej wsłuchać się w każdy instrument, doceniając znakomite zgranie muzyków. Nawet wrzaski Litzy brzmiały wyjątkowo szlachetnie. Kapitalne wrażenie robił Tomasz Krzyżaniak na perkusji. Oglądanie go w akcji było czystą przyjemnością, grał w sposób niezwykle ciekawy i urozmaicony. Setlista? Właściwie - hit za hitem. Oczywiście nie zabrakło tych największych, zabrzmiały Mambałaga, Wilki dwa, Hymn, Pusta studnia i Autystyczny. Huh, trochę już mają tych przebojów na koncie, nieprawdaż? A to dopiero trzy płyty... Słuchałem tych kawałków jak zahipnotyzowany, za każdym razem z rozczarowaniem przyjmując ich koniec, który jak dla mnie, następował... nieco za szybko. Chciałoby się tych utworów słuchać jeszcze i jeszcze. Ale właściwie każdy numer wypadał fenomenalnie, czy to drapieżne Od może do może, J'eu les poids czy ciężkie, kroczące Gdzie Ty jesteś. Moim osobistym faworytem był też Nieobecny nieznajomy z osobistym tekstem, co zresztą podkreślił przed wykonaniem Litza. Lider grupy był tego dnia zresztą w doskonałym humorze i często dzielił się ze sceny pozytywnym przesłaniem, pogłębiając znaczenie tekstu poszczególnych numerów. Niespełna półtoragodzinny występ był po prostu rewelacyjny i stanowił najlepszy punkt wieczoru. Oj, teraz na pewno będę częstszym gościem na koncertach tej kapeli. I z niecierpliwością będę wyczekiwał czwartej płyty.

Następni na scenie zameldowali się Happysad przywitani piskiem fanek, niczym jakiś boysband... Oj, widać było, że to przede wszystkim dla nich przyszła doprawdy ogromna grupa niezwykle żywiołowo reagujących nastolatek. Zadziwiło mnie nieco boczne ustawienie perkusji, po prawej stronie sceny, ale tył zarezerwowany był dla sekcji dętej, która towarzyszy grupie na koncertach już od dłuższego czasu.

Ostatni raz ekipę ze Skarżyska - Kamiennej widziałem na żywo w 2009 w ramach jedynej edycji Szczecin Rock Festival. Od tego czasu przybyło jej sporo hitów, fanów, ale i zdecydowanie się rozwinęła muzycznie, choć niekoniecznie w kierunku oczekiwanym przez główną bazę wielbicieli, czy raczej wielbicielek, co było widać.

O ile bowiem starsze utwory wzbudzały prawdziwe szaleństwo, o tyle nowe utwory, z Jakby nie było jutra, przyjmowane były z większą rezerwą. Entuzjazm fanów mocno mnie jednak zaskoczył. Dawno nie byłem na koncercie z tak rozszalałą publiką, która chóralnie, śpiewała utwór za utworem. Z ogromną przyjemnością patrzyło się na euforyczny tłum i ekstazę zgromadzonych, która towarzyszyła takim piosenkom, jak Bez znieczulenia, Na ślinę, Wpuść mnie, W piwnicy u dziadka i oczywiście Zanim pójdę. Ja nie dałem się porwać, choć doceniam, to jednak z dystansem traktuję zarówno muzykę, jak - szczególnie - tekstowe przesłanie grupy. Z dużo większym zainteresowaniem posłuchałem ich nowszych propozycji, jak Powódź dekady czy Tańczmy. Myślę, że każdy z fanów był w pełni usatysfakcjonowany tym występem, a pozostali obserwowali go z zaciekawieniem. Ciekaw jestem jak dalej rozwinie się kariera Happysad, w jakim kierunku zespół podąży dalej.

I w końcu Pidżama Porno, występująca w składzie analogicznym jak... Strachy na Lachy, choć jako pełnoprawni członkowie zespołu są przedstawiani tylko Grabaż, Kuzyn i Kozak, a Lo i Maniek występują tu jako "muzycy koncertowi". Sądząc po koszulkach fanów, był to najbardziej wyczekiwany występ wieczoru, aczkolwiek dla sporej większości wielbicieli Grabaża, był to z pewnością pierwszy kontakt "na żywo" z muzyką jego najsłynniejszego zespołu. Człowiek mógł poczuć się jak stary zgred, usilnie próbowałem przypomnieć sobie kiedy ostatni raz widziałem Pidżamę Porno na koncercie i doszedłem do wniosku, że miało to miejsce jeszcze w poprzednim stuleciu. A najlepiej z tego występu zapamiętałem znakomite wykonanie Balu u Senatora, na które po cichu liczyłem i tym razem.

Grabaż wyszedł na scenie w doskonałym humorze, który towarzyszył mu do końca występu. Z siwą brodą (w tym roku 50-tka!) i w pidżamowym szapoklaku, pod którym schował niewielkiego irokeza, prezentował się dostojnie i wytwornie, znacznie lepiej aniżeli na ostatnich trasach Strachów Na Lachy. Wokalnie było... Grabażowo. Grupa grała niektóre utwory znacznie szybciej niż na płycie, przez co parę razy wokalista trochę spowalniał utwory, a tu i ówdzie się spóźnił Ale czy kogokolwiek to obchodziło? Energia ze sceny płynęła znakomita i wszyscy bawili się w najlepsze.

Set był dosyć nieoczywisty, wiele utworów było dla mnie zaskoczeniem, o istnieniu wielu z nich w dorobku grupy sam zapomniałem. Nie spełniły się moje przewidywania i życzenia, ale było ciekawie. Zaczęli od Nie wszystko co pozytywne jest legalne, skądinąd ostatni album grupy Bułgarskie Centrum był reprezentowany jeszcze przez aż cztery utwory - Kotów kat ma oczy zielone, Wirtualni chłopcy, wykonane na bis Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości i oczywiście tytułowy, który był jednym z przyjętych najbardziej entuzjastycznie. Ze starszych numerów nie zabrakło Kociąt i szczeniąt czy wieńczącego całość Pasażera. Z jazdy obowiązkowej nieco rozczarował Ezoteryczny Poznań, który pozbawiony dęciaków traci połowę mocy, za to Twoja generacja i Do nieba wzięci wypadły doskonale. Mnie z kolei najbardziej w pamięć zapadło pełne werwy, kapitalne wykonanie Taksówek w poprzek czasu. Biegnij, Forest!

Pidżama Porno w składzie strachowym prezentowała się bardzo dobrze, widać też było zgranie muzyków, choć niekoniecznie idealną znajomość utworów. Lo i Maniek to grajkowie znakomici, o czym wiemy nie od dziś, a zapał z jakim wykrzykiwali chóralnie refreny utworów świadczył tylko o tym, że zespołowi tylko i wyłącznie na dobre wyjdzie tymczasowa zmiana repertuaru i odpoczynek od zgranego dużą ilością koncertów seta Strachów.

Koncert, choć dobry (swoje zadowolenie podkreślił także sam Grabaż), nie był jednak porywający. A może inaczej - tak porywający, jak się spodziewałem. Niemniej to dopiero (a może się okazać, że "aż) piąty występ grupy po reaktywacji. Publiczność wychodziła jednak w pełni usatysfakcjonowana, tak jak i sami muzycy, może więc niepotrzebnie zrzędzę?