Encyklopedia Rocka

Black Label Society, Klub B90, Gdańsk, 11.03.2015 r.

Kto: Crobot, Black Label Society
Gdzie: Klub B90, Gdańsk
Kiedy: 11.03.2015 r.

Setlista:

1. The Beginning... At Last
2. Funeral Bell
3. Bleed for Me
4. Heart of Darkness
5. Suicide Messiah
6. My Dying Time
7. Damn the Flood
8. Guitar Solo
9. Godspeed Hellbound
10. Angel of Mercy
11. In This River
12. The Blessed Hellride
13. Concrete Jungle
14. Stillborn

Black Label Society koncertuje ostatnimi czasy niezwykle intensywnie. Nie minął rok od zeszłorocznych występów we Wrocławiu i Warszawie, a już fani dostali możliwość obcowania z ekipą Zakka Wylde'a w dwóch kolejnych miastach - Gdańsku i Krakowie. W trasie są od końca grudnia 2014, a kalendarz wypełniony aż po sierpień 2015. Nie inaczej było w roku 2014. Dobrze, że w maju mają wolne na chwilę oddechu...

Zachęcony wspomnianym występem w stolicy Dolnego Śląska i drobno, acz interesująco zmienioną setlistą, wyruszyłem tym razem na Pomorze. Miejscem występu był względnie nowy, a niezwykle ostatnio w rockowym środowisku Trójmiasta popularny i dynamicznie działający Klub B90, znajdujący się na postoczniowym terenie w Gdańsku. Smutno patrzy się na ten wciąż chaotyczny, nieugładzony i wciąż groźnie wyglądający, ale coraz bardziej cywilizowany teren. Ciężko pogodzić się z rzeczywistością bezużytecznych dźwigów, zarośniętych torów donikąd, plątaniny rur i kabli, wszechobecnego zardzewiałego żelastwa, pustych hal ogołoconych ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Gdzieniegdzie zagnieździły się jakieś przetrwałe drobne firemki, gdzieśtam pojawiają się jeszcze "cieciówki" z szybami, w których odbija się TVN24, ale i ich koniec jest zapewne bliski. To miejsce naznaczone historią, Wielką i małą, ale i po prostu fascynującą codziennością pracy w wielkim przemysłowym molochu, wciąż robi wrażenie. Nawet teraz - dostępne do wglądu bez przepustki, dla każdego ciekawskiego, wynędzniałe, odarte z dumy... Nie brak tu ludzi, którym lepiej schodzić z drogi i, o dziwo, przyrody, która powoli, niezniszczalną siłą perzu zwycięża betonowo-metalową zalewę, pełną - jakie to nasze - śmieci, które z pewnością przywożone były pod osłoną nocy...

Wciąż ciężko sobie wyobrazić w tym ponurym miejscu nową, tętniącą życiem dzielnicę. Szczególnie wędrując wieczorem w totalnej ciemnicy i z duszą na ramieniu... Ciężko zarazem sobie wyobrazić lepsze miejsce na rockowy koncert. Oto i trafiłem do sporej hali, która nie wiedzieć czemu (może to druciana siatka przy szatni?) skojarzyła mi się z klubem Technoir z pierwszego Terminatora. Industrialny klimat zrobił swoje...

Już przy wejściu widać scenę, znajdującą się w sporym pomieszczeniu tuż za niewielkim przedsionkiem z szatnią i toaletami. Problem głównej sali stanowią słupy podtrzymujące dach, które z bocznych perspektyw sporo zasłaniają (codzienność wielu polskich kibiców sportowych), ale jeżeli grający pozwalają (co w przypadku BLS miejsca nie miało), organizatorzy wyświetlają na powieszonych z boku płachtach obraz ze sceny, zatem można sobie w spokoju potupać nóżką przy piwie z boku...

Na scenie Crobot z Pensylwani. Klimat retro i wizualnie, i muzycznie, choć z dawką brzmień współczesnych, tak trochę w stylu, hmm, Wolfmother? Zresztą już fakt, że w Europie ich jedyny do tej pory album (Something Supernatural) wydało Nuclear Blast Records, świadczy o tym kierunku... Wysoko, nieźle śpiewający frontmen-szaman, gitarzysta w koszulce BLS z odpowiednimi emocjami przy, niestety takich sobie solówkach, częstujący riffami często w stylu Rage Against The Machine, no i sekcja rytmiczna ze świadomie odjeżdżającym basistą... Występ energetyczny, solidny, ale repertuar nie porywa. Ciężkie klimaty mocno jednowymiarowe, z kolei ballada wypadła kiepściutko, również wokalnie. Druga płyta na pewno będzie sporym sprawdzianem.

Jako, że wokalista drugiego supportu, Black Tusk złamał nogę, występu nie było. Było w zamian bardzo długie oczekiwanie na gwiazdę wieczoru. Wielu przyciągnęła zawieszona zaraz po występie Crobot płachta z logo BLS, tymczasem od tego momentu czekać trzeba było około 45 minut. Jak się potem okazało, wszystko zgodnie z planem, niemniej jednak fani wyraźnie się niecierpliwili, ja sam miałem wątpliwości czy przypadkiem za płachtą nie doszło do jakiejś kłótni... Ale w końcu światła gasną. Start.

Dawno nie słyszałem tak fajnego i trafnie dobranego intro koncertowego. Whole Lotta Sabbath to nic innego, jak sabbathowe War Pigs śpiewane na bazie riffu do zeppelinowego Whole Lotta Love (można znaleźć na YouTube). I w końcu - słychać wycie syren, a za chwilę riff do The Beginning... At Last z debiutanckiego Sonic Brew, płachta opada i... jazzzzzzzzzzda. Nie muszę chyba pisać, że ciężko wyobrazić sobie o większego killera na początek. Potężny, rozpędzony niczym pocisk riff, kapitalnie otworzył występ. Gitary cięły potężnie, a sekcja rytmiczna dosłownie wgniatała w ziemię. Mogę tylko potwierdzić zasłyszaną z wielu źródeł opinię, że B90 ma naprawdę znakomitą akustykę. Żal tylko, że wokal Wylde'a, szczególnie pod sceną, podobnie zresztą jak we Wrocławiu, sprawiał wrażenie zbyt przesterowanego i często jego partie ginęły wśród gitarowej miazgi. Inna sprawa, że w tych cięższych, szybszych utworach, Wylde z mocno krzyczącymi partiami wypada na żywo od dłuższego czasu po prostu przeciętnie.

Nie było chwili wytchnienia - początek był wręcz wymarzony, bo następne w kolejności - równie motoryczny Funeral Bell i uwielbiany przez fanów Bleed For Me. I... to tyle z nowości w stosunku do zeszłorocznej setlisty. Co nie znaczy, że było tak samo i rutynowo. Z utworów z ostatniej płyty - koncertowych rumieńców nabrało Heart Of Darkness z porywającym riffem i świdrującą solówką, My Dying Time, wiadomo, to już pełnowymiarowy hit, z kolei Damn The Flood to jedyny zgrzyt, wypełniacz na bardzo ciekawej setliście. Fajnie sprawdziło się zagrane dość szybko Suicide Messiah, które pozwoliło zbudować odpowiednią atmosferę wśród publiczności. Muzycy byli wyraźnie zadowoleni ze znakomitej reakcji, co Zakk uhonorował rozbudowaną solówką gitarową parę chwil później. Dla wielu popisówka Wylde'a stanowiła kulminację występu, jednak mnie jego ekwilibrystyczne i sprinterskie popisy widziane po raz enty lekko nużą. To jednak obowiązkowy punkt występu i dobrze, że gitarzysta wciąż pielęgnuje tę rockową tradycję. Część balladowa - jak zwykle niezwykle urokliwa i - co ważne - zaśpiewana bardzo ładnie, coraz bardziej na plus wybija się delikatny Angel Of Mercy z rozdzierającym, przepełnionym emocjami, pięknym gitarowym solem. Jedynym zgrzytem było - jakże niestety ostatnio popularne - wykrzyczane chóralnie przed tym utworem przez publikę "napier***lać". Słabo.

Mr. Wylde jak zwykle niby lekko wycofany i jakby smutny, tradycyjnie przemówił dopiero przed balladowym setem, przy przedstawianiu muzyków pokazując próbkę swojego słynnego poczucia humoru, ale i wraz z kolejnymi utworami, coraz bardziej okazywał w charakterystyczny sposób ("king kongi" itp.) swoje zadowolenie z przyjęcia grupy. Nie zabrakło i ciepłych słów dla "Polish Power Chapter" i ucałowania polskiej flagi na koniec. John DeServio - dobry duch zespołu - jak zwykle uśmiechnięty, pełen entuzjazmu. "Młody" Dario Lorina nabrał sporo pewności na scenie, nie sprawia już wrażenia stremowanego i przestraszonego, a szczególnie widać postęp w kontekście zgrania z szefem "stowarzyszenia". Z kolei "kolejny nowy" perkusista, Jeff Fabb zaprezentował się bardzo dobrze. Mocne, niebanalne uderzenie i nieschodzący z twarzy uśmiech. Oby zagrzał w kapeli miejsca na dłużej, bo po prostu dobrze do niej pasuje.

Jak to ostatnio bywa, BLS nie grywa bisów. I po Stillborn zapalono światła. Rozczarowanych jednak nie było. Ale następny raz, poproszę coś ze Stronger Than Death.