Encyklopedia Rocka

6 / 10

Maciej Wilmiński

Zaiste, nie jest dobrze z klasycznym heavy-metalem. Jednak gdy Ci najbardziej czcigodni, najbardziej wielbieni są wyjałowieni z pomysłów i nie mają kompletnie nic do powiedzenia, z cienia wychodzą dotychczas niedoceniani. Do bólu solidni, mający wybitne przebłyski, posiadający stałą bazę wiernych fanów ale nie potrafiący (a może nie mający zamiaru?) wskoczyć na stałe do tej najwyższej ligi, do mainstreamu. Chociażby taki Blaze Bayley czy Axel Rudi Pell.

Ten ostatni wydanym w 2014 Into The Storm mocno mnie zaskoczył. Niesamowitą energią, świeżością grania, pięknie brzmiąca gitarą, ciekawymi riffami, wirtuozerskimi solówkami, ładnymi liniami wokalnymi, niesztampową sekcją czy nawet ponad dziesięciominutowym utworem tytułowym. A może przede wszystkim - przebojowością utworów. Czyli wszystkich składowych dobrego, klasycznego hejwi. Oczywiście nie było tak różowo na całej płycie, ale w na tyle obszernych jej fragmentach, że nie mogłem się doczekać kontynuacji. Pell wydaje nową muzykę regularnie, co dwa lata, i tym razem nie było inaczej. Oto Game Of Sins.

Intro... Cóż, trzeba to przeboleć. Tym razem mroczny wstęp, ruletka, demoniczny śmiech, cyrkowa muzyczka, a potem klawisze, no wybaczcie, ale kojarzące się z "Panem Kleksem w Kosmosie" i sceną startu Voltana II... Właściwie, nie sposób się nie uśmiechnąć.

Żarty znikają jednak już po chwili. Fire to całkiem przyzwoity otwieracz, o ile zniesiemy banał pełnego metalowych kliszy tekstu, niemniej jednak gorszy od Tower Of Lies z poprzedniego albumu (a to de facto ta sama parafia). Wybrzmiewający chwilę później riff do Sons in The Night może jednak wywalić nogi z butów, a sam utwór przynosi wszystko, to co wymieniłem na początku pisząc o Into The Storm. Podobnie, jest i z Breaking The Rules, gdzie riff robi świetną robotę. Riffy, riffami, ale para szła by w gwizdek gdyby nie - w obu przypadkach - wzorowo poprowadzone zwrotki i wciągające refreny.

Niestety, to w zasadzie tyle dobrego. Pozostała część albumu to już typowa dla zespołu muzyka DIO-Rainbow-podobna. Ba, gdyby Rainbow wciąż grało i nagrywało, słuchalibyśmy pewnie takich piosenek. Chociaż - czy Blackmore aż tak bardzo nurzałby się w sosie lat 80.?

Mamy tu trzy dłuższe utwory, w dostojnym tempie, z większą pompą (Game Of Sins, Till The World Says Goodbye, Forever Free), wszystkie niespecjalnie ciekawe i godne uwagi, choć zagrywki Pella (z obowiązkowymi orientalizmami) tu i ówdzie muszą się podobać. Ale wszystko to brzmi jak próby stworzenia swojego Egypt (The Chains Are On) z repertuaru DIO.

Z kolei w Falling Star mam wrażenie, że grupa tworzy swoją wersję 2 Minutes 2 Midnight. I doprawdy, Once there was a magic mountain, raging to the sky... Teksty nie są silnym punktem tego wydawnictwa. O ile jednak się nie zrazimy, to spodobać się i może w gruncie rzeczy zgrabna balladka Lost In Love. To sztampa, ale dzięki śpiewowi Gioeliego wznosząca się naprawdę wysoko. Będzie się sprawdzało na koncertach.

I tyle. Pell powraca do standardowej dyspozycji z "przebłyskami", ale te przebłyski są znacznie lepsze niż wcześniej. Dużo dobrego robi becny skład współpracowników gitarzysty z naciskiem na Johny'ego Gioeli i Bobby'ego Rondinelli.

Słuchając tego wszystkiego zastanawiam się, co by było gdyby... doszło do współpracy niemieckiego wirtuoza gitary z Ronniem James Dio. Ale o tym - przynajmniej na tym świecie - się już nie przekonamy.

Data dodania: 15-06-2016 r.

Game Of Sins

Axel Rudi Pell

Data wydania: 2016

Wytwórnia: Steamhammer/SPV

Typ: Album studyjny

Producent: Axel Rudi Pell, Charlie Bauerfeind

Gatunki: