Encyklopedia Rocka

7 / 10

Rafał Biela

We’ll never stop, we’ll never quit, cause we’re Metallica! – śpiewał na debiutanckiej płycie swojego zespołu James Hetfield. Po latach ten dość banalny tekst nabrał jednak dodatkowego, głębszego znaczenia. Z powodu tragicznej śmierci basisty Cliffa Burtona, Metallica chciała zakończyć działalność. Ostatecznie zespół dał się jednak odwieść od tego pomysłu, a mottem, towarzyszącym dalszemu graniu, stał się właśnie zacytowany powyżej fragment Whiplash. ...And Justice For All jest pierwszą pełnowymiarową płytą zreorganizowanej Metalliki – wściekłej, rozgoryczonej, rozbitej. Co niestety odbiło się na muzycznej zawartości albumu.

Obecność zmian jest oczywista i najzupełniej naturalna. Można mieć tylko wątpliwości, czy te zmiany na pewno poszły w dobrym kierunku. Zespół nagrał najostrzejszą płytę w swojej dotychczasowej karierze. Muzyka przepełniona jest złością, smutkiem, agresją. O to nie można mieć pretensji, a nawet można się ucieszyć – przecież czadowa Metallica to dobra Metallica. Ale jednak coś tu nie gra. Brnąc w brud i agresję, muzycy zapomnieli o ważnych dotąd elementach własnej twórczości: wspaniałych, zapamiętywalnych riffach i melodiach. ...And Justice For All to czad, który zatracił charakter. Słuchając płyty słuchacz może mieć wrażenie obcowania z jednolitą sieczką, bez elementów wyróżniających się i porywających, jak na poprzednich albumach. To szczególnie boli z uwagi na to, że Metallica mimo swojej thrashowości zawsze była kapelą tworzącą wspaniałe... przeboje. Tu jest najwyżej jeden.

Mowa o One, chyba jedynym wyróżniającym się od razu elemencie całości. To kolejna z serii wspaniałych ballad tego zespołu. Zaczyna się delikatnymi zagrywkami, efektownymi solówkami Hammetta, żeby za chwilę przejść do bardzo melodyjnej, chwytliwej zwrotki z przejmującym, drastycznym tekstem i mocnego, metalowego refrenu. Całość kończy się potężną kulminacją oraz prawie trzema minutami opętańczego czadu. I wszystko byłoby wspaniale gdyby nie fakt, że to wszystko już było.... Ale i tak jest to najlepszy fragment płyty, na której poza tym ciężko wskazać jeszcze cokolwiek wybijającego się. Wśród fanów zespołu sporą estymą cieszy się Harvester Of Sorrow, czego jednak zupełnie nie rozumiem – ten utwór przepadłby bez śladu na zarówno na Ride The Lightning, jak i Master Of Puppets. Nie inaczej The Frayed Ends Of Sanity czy otwierający całość Blackened, choć ten ostatni jednak coś w sobie ma. Niby ciężko powiedzieć, że to złe utwory, ale nie wciągają i nie porywają tak, jak wcześniejsze. Takie ambicje przejawia tradycyjnie instrumentalny To Live Is To Die, którego fragmenty są naprawdę urokliwe, ale nie ma w nich tej biegłości kompozycyjnej, co w poprzednich instrumentalach grupy, a poszczególne jego fragmenty wydają się być połączone na siłę. Niewątpliwie wartość utworu podnosi recytowany pod koniec fragment tekstu autorstwa zmarłego Burton’a, jednak jest to raczej dramatyczna próba uratowania tej kompozycji, która nie wytrzymuje porównania z podobnymi dokonaniami z przeszłości. Płytę kończy Dyer’s Eve, coś co wreszcie robi na mnie wrażenie. Nie ze względu na jakość kompozycji, tylko raczej ilość czadu, agresji i wściekłości. Fanom nie trzeba przypominać, o czym traktuje tekst i dlaczego ten utwór wygląda właśnie w ten sposób, a pozostałych odsyłam do tekstu utworu.

Dyer’s Eve to dobra okazja, żeby powiedzieć o zaletach tej płyty. Otóż w tym ostatnim utworze albumu, podobnie jak w poprzednich, powalającą technikę i inwencję pokazuje Lars Ulrich. Cały album jest jednym wielkim perkusyjnym popisem: połamane przejścia, częste zmiany tempa, mordercze dwie stopy, gnające na złamanie karku to elementy występujące niemal bez przerwy. I szkoda tylko, że na technicznych popisach Larsa się kończy. Bo co prawda także gra gitar robi tu wrażenie, ale ich partie cierpią na poważną chorobę: jednym uchem wpadają, wypadając drugim, a słuchane w większej dawce – po prostu męczą. Tego nigdy dotąd nie można było Metallice zarzucić. Z kolei gitary basowej nowego nabytku zespołu, Jasona Newsteda po prostu nie słychać wcale, co może być wstępem do kolejnej porcji zarzutów, tym razem pod adresem produkcji. Brak basu to jedno: odbija się na braku "dołu" w całości materiału. Ten fakt z kolei prowadzi do fatalnego brzmienia gitar, które są suche, trzeszczące i kompletnie nie mają mocy. Podobnie perkusja Larsa – wydaje się być za bardzo wyeksponowana i równie sucha i płaska co gitary.

To trudna płyta. Niełatwo jest przedrzeć się przez gąszcz miażdżących riffów i perkusyjnych kanonad. Ale są też fani zawzięcie broniący każdej minuty tego świadectwa metallikowej złości i agresji. Może i coś w tym jest, ale jednak na tle tak poprzedzających, jak i kolejnej płyty, ...And Justice For All wyraźnie czegoś brakuje.

Data dodania: 01-01-2012 r.

...And Justice For All

Metallica

Data wydania: 1988

Wytwórnia: Elektra

Typ: Album studyjny

Producent: Metallica, Flemming Rasmussen

Gatunki: