Encyklopedia Rocka

10 / 10

Rafał Biela

Rewolucja – tak najkrócej można określić to, co się stało z muzyką Metalliki na tej płycie. Thrashową sieczkę poprzedniej produkcji zastąpiły zgrabne, stosunkowo krótkie kompozycje... czy może raczej powinienem napisać: hity. Bo Czarna Płyta to zbiór wspaniałych, metalowych klasyków, które zapadły w pamięć nie tylko wielbicielom tego gatunku. Tak, wielu fanów musiało być w prawdziwym szoku.

Oczywiście przy okazji tego typu przemian zawsze pojawia się kwestia "sprzedania się". Otóż bzdura proszę państwa, nikt tu się nie sprzedał. Zespół po prostu zmienił kierunek, ale nie dość, że obeszło się bez wstydu, to jeszcze jest to zdecydowanie jedna z najlepszych płyt, jakie nagrali.

Akustyczny początek otwieracza w postaci Enter Sandman może zbić z tropu: czyżby powrócili do zarzuconej na poprzedniej płycie tradycji rozpoczynania całości akustycznym wstępem i ostrą jazdą? Dalsza część rozwiewa jednak wątpliwości – to zupełnie nowa Metallica. Gdzieś ulotniło się mordercze tempo i agresja. Został monumentalny riff i znakomita, porywająca melodia. Całość niesamowicie wprost buja, wciąga bez reszty, aż nie chce się, żeby ten utwór się skończył. Metallica wyznaczając swój nowy styl, zapewniła sobie jednocześnie jeden z największych przebojów, najwybitniejszych klasyków. Ciężko wyobrazić sobie lepsze otwarcie płyty, a dalej jest równie dobrze! Utwory są nadzwyczaj równe, jednak na szczególne wyróżnienie zasługuje kilka z nich. Pierwszy, to niewątpliwie The Unforgiven, metalowa ballada, która stała się kolejnym nieśmiertelnym hymnem. Akustyczny, lekko orientalizujący wstęp, rewelacyjna, mocna zwrotka i delikatny, przebojowy refren, a wszystko to najwyższej jakości. Do dziś jest to jeden z najbardziej znanych utworów zespołu i jednocześnie obiekt ataków co bardziej radykalnych fanów, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że zespół zmienił profil. Szkoda, że nie rozumieją, że ta zmiana obyła się bez straty jakości. Co udowadnia choćby następny w kolejce Wherever I May Roam, rozpoczynający się kolejną orientalną zagrywką, za chwilę przeradzającą się w miażdżący, porywający riff. W dalszej części zespół czaruje – a jakże – fantastycznymi melodiami, monumentalnymi przejściami i ciekawymi zmianami tempa. Naprawdę nie sposób nie podziwiać niesamowitej inwencji muzyków w tym okresie, którą potrafili wykorzystać na najróżniejsze sposoby. Ot, choćby tworząc Nothing Else Matters, najbardziej kontrowersyjny utwór na płycie i zdecydowanie największy przebój, nawet w komercyjnych rozgłośniach. Co nie znaczy, że sama kompozycja jest komercyjna – to przepięknej urody, delikatna, głównie akustyczna piosenka, której wstęp katuje każdego dnia miliony młodych gitarzystów na całym świecie. Nagrywając coś takiego, Metallica udowadnia, że nie tylko jest zespołem dojrzałym i wszechstronnym, ale też pokazuje niemałą odwagę, bo doprawdy nietrudno było przewidzieć protesty dużej części metalowego świata, która obrała sobie ten zespół za niemal bogów. A jednak poszli swoją drogą – i chwała im za to.

Dla tych, którzy oczekiwali od Metalliki czadu, zespół przygotował na pocieszenie utwory Holier Than Thou, Through The Never i The Struggle Within, w których można wyczuć jakieś ślady dawnych dokonań zespołu. Jednak nie są to akurat najwybitniejsze fragmenty całości – ot, po prostu bardzo solidne utwory, a jednocześnie bardzo przebojowe. To samo można powiedzieć choćby o miażdżąco ciężkim Sad But True, zawierającym kolejny pomnikowy riff. Ja jednak wolę Don’t Tread On Me, niemniej potężnie brzmiący kawałek, ale o znacznie ciekawszej melodii. Albo utrzymany w średnim tempie The God That Failed z ciekawym gitarowym motywem, czy też intrygujący ciekawą melodyką My Friend Of Misery, wyposażony dodatkowo w klimatyczny, basowy wstęp. Naprawdę jest w czym wybierać na tej płycie, a najlepiej po prostu słuchać jej w całości, bo wszystko to tworzy bardzo równą, zwartą mieszankę, układającą się w jedną z najlepszych płyt nie tylko w dyskografii Metalliki, ale i w historii całego heavy metalu.

Na tak wspaniały efekt złożyły się nie tylko dobre kompozycje (w większości podpisane przez duet Hetfield/Ulrich bądź trio Hetfield/Ulrich/Hammet), ale też wysoka forma wykonawcza. Lars Ulrich może nie czaruje już karkołomnymi zagrywkami, jakie pokazał na ...And Justice Of All, ale jego żywiołowa, urozmaicona gra dodaje kolorytu nowej płycie. James Hetfield śpiewa głębokim, ekspresyjnym głosem, co i raz popisuje się wspaniałymi riffami, a Kirk Hammett dogrywa solówki w swoim stylu (to znaczy: najwyższej jakości technicznej i zadowalającej w kwestii muzycznej, może tylko trochę nadużywa efektu wah – wah). Swoje umiejętności ma też wreszcie szansę pokazać Jason Newsted – jego potężnie brzmiący bas odgrywa ważną rolę w wielu kompozycjach, a we wstępach The God That Failed i My Friend Of Misery (którego jest współautorem) dostał nawet szansę zagrania ciekawych, basowych wstępów. Jeśli wierzyć muzykom zespołu, spory wkład w taki kształt płyty i proporcje poszczególnych elementów ma też Bob Rock, producent zastępujący tu odpowiedzialnego za katastrofalne brzmienie poprzedniej płyty Flemminga Rasmussena.

Wielu na Black Album narzekało, mówiąc o sprzedaniu się, zaprzeczeniu thrashowym ideałom. Po latach widać jednak wyraźnie, że ta płyta coraz bardziej zyskuje z czasem. To wspaniały, dojrzały album zespołu świadomego swoich możliwości. Z perspektywy czasu widać jednak coś jeszcze – wolta stylistyczna, jakiej tu jesteśmy świadkami, była nie tylko muzycznym i komercyjnym sukcesem, ale też, paradoksalnie, stała się początkiem końca grupy. Bo zespół od 1991 roku aż do dziś nawet nie zbliżył się do poziomu tego dzieła. I niestety z roku na rok maleją szanse, że to kiedykolwiek zrobi.

Data dodania: 01-01-2012 r.

Metallica

Metallica

Data wydania: 1991

Wytwórnia: Elektra

Typ: Album studyjny

Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Ulrich

Gatunki: