Encyklopedia Rocka

8 / 10

Maciej Wilmiński

Debiut Slasha solo sporządzony został według z góry przewidzianego scenariusza, bo chyba nikt nie podejrzewał, że Slash zaśpiewa? Mamy zatem naszego bohatera z plejadą towarzyszących mu śpiewających gwiazd, w większości z rockowego panteonu, z dodatkiem młodych gniewnych. Jedyną niespodzianką jest udział Fergie, stanowiący zresztą wisienkę na torcie. Różnie jest z rezultatem tego typu przedsięwzięć, tu efekt zdecydowanie należy uznać za niezwykle udany.

Właściwie jest to płyta bez słabego punktu, każdy ze zgromadzonych tu utworów może się podobać, o każdym można powiedzieć parę ciepłych słów. Różnorodność stylistyczna, jak i gromada zebranych gwiazd przy mikrofonie, powoduje że żaden słuchacz nie przejdzie wokół płyty obojętnie. Dla każdego znajdzie się coś miłego, w zależności od osobistych upodobań, różne utwory można wskazywać jako najlepsze, a i na resztę narzekać nie będzie podstaw, bo album jest bardzo równy. Slash przygotował zestaw naprawdę ciekawych kompozycji, zarówno tych ostrzejszych (jak niemalże thrashowy Nothing To Say), jak i zaskakująco łagodnych (Gotten).

Mnie szczególnie podoba się początek. Świdrująco-bujający riff w połączeniu z głosem Iana Astbury'ego powodują, że Ghost brzmi jak nieznana perełka z repertuaru The Cult. Po chwili bluesująco - balladowe brzmienie i Ozzy Osbourne z pełnym emocji głosem. Jakże cudownie brzmi tu gitara, jakże śpiewne jest solo, jak fajnie odnajduje się tu rockowy weteran. I do tego mamy tu chyba najciekawszy tekst na płycie, pełen aluzji do byłego wokalisty Guns And Roses, napisany przez Ozzy'ego z perspektywy Slasha: Your ego cursed you till you bled, Betrayed us all with your own selfish greed i chyba najbardziej znamienne We were like brothers with the world in our hands/You always have too much to say. I numer trzy, który z całej płyty zdobył największą popularność, zdecydowanie najbardziej gunsandrosowy Beautiful Dangerous z Fergie na wokalu. Co prawda utwór promowano bardziej ze względu na "wydarzenie medialne", jaki stanowił występ Fergie w takim repertuarze i jej zaskakująco duże rockowe serducho, aniżeli jego rzeczywiste walory. Niemniej jednak wypada to naprawdę porywające i daje niesamowitego kopa.

Nie gorzej jest zresztą i później Kapitalnie wypada kolejny bluesujący numer, By The Sword, odpowiednio dramatycznie zaśpiewany przez młodego Andrew Stockdale'a, niezwykle urokliwie wypada Kid Rock w południowoamerykańskiej balladzie I Hold On, zresztą uroku nie można i odmówić delikatnemu Gotten z Adamem Levine. Slasha w tak popowym repertuarze sobie nie przypominam, a tu wypada tu naprawdę ciekawie... Typowo brzmią Chris Cornell w Promise, Lemmy w rytmicznym Doctor Alibi, tak jak i Iggy Pop w znakomicie wieńczącym całość We're All Gonna Die. Ale utworów o takiej jakości brakuje ostatnimi czasy w ich twórczości... Z kolei instrumentalny Watch This z udziałem Dave'a Grohla i Duffa McKagana intryguje, aczkolwiek po jego wysłuchaniu cieszymy się, że Slash nie poszedł z pierwszą solową płytą w stronę instrumentalną.

Najmniej podobają mi się tu utwory z Mylesem Kennedym (bezbarwne Back From Cali i sztampowo-balladowe Starlight), dlatego też mocno kręciłem nosem na jego dłuższą współpracę ze Slashem, ale jak się okazało ten duet swoją prawdziwą wartość pokazał niedługo później.

Niewątpliwie Slash sprawił sobie tym albumem dużą przyjemność. Co ważne, płyta sprawia również sporą przyjemność słuchaczowi i - w przeciwieństwie do wielu tego typu przedsięwzięć - jest to rzecz, do której chętnie się wraca. I za każdym razem odkrywa nowe smaczki.

Data dodania: 26-09-2012 r.

Slash

Slash

Data wydania: 2010

Wytwórnia: Roadrunner Records

Typ: Album studyjny

Producent: Eric Valentine

Gatunki: