Encyklopedia Rocka

5 / 10

Maciej Wilmiński

Wiadomość o solowej płycie Steve'a Harrisa pojawiła się nagle i zanim ktokolwiek zdążył jeszcze się zastanowić co ciekawego z tego wyjdzie, ukazała się sama płyta. Jak się okazało Harris pracował nad nią pokątnie od wielu lat z zaprzyjaźnionymi muzykami, przy okazji nielicznych przerw od Iron Maiden.

Jednego należało się spodziewać, skoro lider i główny kompozytor jednego z najważniejszych zespołów heavy metalowych w historii nagrywa solo, to muzycznie będzie to odbiegać od jego dotychczasowych dokonań. Jak się okazało nie tak daleko, jak można by się spodziewać. Muzycznie wędrujemy bowiem do klasycznego brytyjskiego hard rocka lat 70., chyba najbardziej nawiązującemu do grupy UFO, i kontynuując te analogię, brzmiącego bardzo podobnie jak współczesne nagrania tejże grupy. Z rockiem Maiden flirtowali na No Prayer For The Dying czy Fear Of The Dark, tutaj jednak brzmi to zdecydowanie bardziej oldschoolowo.

Dostajemy tu dziesięć bardzo przyjemnych w słuchaniu melodyjnych kompozycji z refrenami. Niestety, wokalista Richard Taylor wypada bardzo przeciętnie. Nieprzypadkowo wraz z innymi muzykami nie wybił się szerzej przez te dwie dekady, a swoje pięć minut dostaje dopiero teraz. Śpiewa z soulowym zabarwieniem a'la Glenn Hughes i nostalgią w głosie, ale dość zachowawczo, przez co niektóre refreny tracą swą potencjalną wyrazistość i rozmywają się w całości utworów (Us Against The World). Gitarzyści riffują całkiem ciekawie i z przytupem (This Is My God, Lost Worlds), jednakże wokal rozmiękcza całość, w efekcie mamy klimat typowego radiowego rocka, który chociażby może uprzyjemniać długą samochodową podróż. Nie uważam tego jednak za wadę, ot chociażby w takim Lost Worlds, jakże fajnie tu rockowe dynamiczne granie granie przechodzi w nostalgiczną akustyczną końcówkę. Albo - najbardziej przebojowe, niesamowicie pozytywne i radosne The Chosen Ones z najwyrazistszym refrenem (ach, te klasyczne chórki, słyszalne skądinąd i w innych utworach) i pełnymi uroku gitarowymi pasażami. W podobnie radosnym klimacie utrzymane jest też Eyes of The Young - być może to kwestia innych gitarzystów, którzy tu się udzielają? Wśród z gruncie rzeczy bardzo podobnych do siebie numerów, wyróżnia się - ale tylko stylistycznie - finałowy, delikatny The Lesson o dość nietypowym dla Harrisa instrumentarium - rzewne smyczki, klawisze, gitara akustyczna. Utwór nie tyle przesłodzony, co po prostu nieciekawy.

Można się czepiać, ze to album zachowawczy i sztampowy. Ale ja traktowałbym to bardziej jako hołd Harrisa dla swoich mistrzów, okazję pogrania na luzie z kolegami w zakurzonych już trochę i zapomnianych klimatach. Czemu nie? Niemniej jednak nie jest to rzecz, do której się będzie wracać, nie jest to płyta, o której będzie się za rok pamiętać. I mimo wszystko jednak oczekiwania były znacznie większe.

Data dodania: 06-10-2012 r.

4 / 10

Paweł Tkaczyk

Przyznam szczerze, że nigdy nie wierzyłem w wydanie albumu, na którego okładce główne miejsce zajmie imię i nazwisko założyciela, szefa i lidera Iron Maiden. A jednak. Album pojawił się w sumie wręcz znikąd, czym Steve Harris zaskoczył na pewno niejedną osobę, w tym mnie.

Całe swoje muzyczne życie basista Iron Maiden poświęcił macierzystej formacji, dlatego ciężko mi było sobie wyobrazić, co takiego zaprezentuje pod swoim własnym nazwiskiem. Nie podejrzewałem go o jakieś proste kompozycje, dlatego największe podejrzenia miałem pod kątem rocka progresywnego, dla którego uwielbienia nigdy nie krył. Ba! Analizując wypowiedzi Harrisa i jego wspomnienia z czasów młodości trudno się domyślić, dlaczego wybór padł na rasowy heavy metal a nie na skomplikowane granie spod znaku Yes czy Genesis, których w latach 70. był zagorzałym fanem.

Kiedy światło dziennie ujrzał tytuł i okładka, przestałem mieć złudzenia. Wiedziałem, że pierwszy solowy album Harrisa nie będzie znacząco odbiegał może nie tyle od Iron Maiden, co od zwykłego rocka czy heavy metalu. I nie pomyliłem się.

Harris nie dokooptował do swojej grupy żadnej sławy, nikogo z pierwszych stron muzycznych gazet. Zrobił album z przyjaciółmi, których pewnie nikt wcześniej nie znał. British Lion, to po prostu zbiór dziesięciu rockowych kompozycji, które tak naprawdę nie wyróżniają sie niczym szczególnym. Wszystko jest miłe dla ucha, ale na 10 czy 15 minut. Później zaczyna się robić problem z dotrwaniem do końca. Niby przyjemnie się słucha, ale czegoś tu brakuje. Na pewno największym problemem jest wokalista Richard Taylor, który wyśpiewuje wszystkie wersety jak najbardziej poprawnie, jednak sprawia wrażenie, jakby w jego głosie nie było żadnej siły. Kładzie on sporo ciekawych linii wokalnych jak na przykład znakomite Us Againt The World. Znakomity refren jest przykładem jak świetnie zabrzmiała by ta linia wokalna wykonywana przez kogoś z potężnym głosem typu nie kto inny jak chociażby Bruce Dickinson. Słuchając These Are The Hands czy Eyes Of The Young miałem momentami wrażenie, że to kolejny album Van Halen z Sammym Hagarem. Taka też jest muzyka. Całość zaczyna się dość nijako, dopiero wspomniane Us Against The World, które najbardziej przypomina Iron Maiden wplata trochę nadziei co do odbioru całości. Bardzo przyjemnie słucha się także kolejnego The Choosen Ones, które ociera się gdzieś także o Iron Maiden z czasów Fear Of The Dark. Dalej sytuacja ma się podobnie. Pierwsze sekundy zwieńczającego British Lion The Lesson dały nadzieję na jakieś przyjemne, melancholijne zakończenie, jednak bliżej tam do nudy niż rozważań w oderwaniu od rzeczywistości.

Pierwszy i zapewne ostatni album Harrisa mocno rozczarowuje. Nie ma tutaj niczego, co można by na dłuzej zapamiętać, nucić sobie pod nosem przez kolejne godziny czy dni, poza refrenem do Us Against The World. Jeden refren to trochę mało by zadowolić potencjalnego słuchacza. Całość sprawia wrażenie muzyki bez wyrazu i charakteru, ale z pewnością ukazuje się tutaj problem wieloletniej pracy nad tą płytą z przerwami na działalność Iron Maiden. Przez taką sytuację prawdopodobnie całość ledwo ujrzała światło dzienne, nie mówiąc już o przemyśleniu samych kompozycji od podstaw. Jest to po prostu granie nijakie. Pierwsze określenie, jakie przyszło mi na myśl po wysłuchaniu całości, to muzyka w sam raz do puszczania w sklepie jako tło do zakupów. Niby coś przyjemnego gra, ale nikt do końca nie wie co. Nie ma tu żadnego charakteru, żadnego wspólnego mianownika poza słabym wokalem i nudą. Gitarzyści starają się raz być jak Blackmore, raz jak Smith i Murray, przez co nie może być mowy o jakimś zapamiętaniu ich partii. Harris także nie porywa jako basista. Odgrywa partia po partii i to wszystko.

Nie moge powiedzieć, że nie ma w tej muzyce jakiś emocji. Są, ale ukryte. Być może potencjał zostałby uwolniony, gdyby British Lion nie powstawało przez lata na kolanie w wolnych chwilach a raczej jako konkretny muzyczny projekt od A do Z. Być może gdyby skład był bardziej wyrazisty, poszczególni muzycy także dołożyliby swoje wyraziste trzy grosze.

British Lion to album po prostu nudny.

Data dodania: 14-03-2013 r.

British Lion

Steve Harris

Data wydania: 2012

Wytwórnia: EMI

Typ: Album studyjny

Producent: Steve Harris, Richard Taylor, David Hawkins

Gatunki: