Encyklopedia Rocka

10 / 10

Maciej Wilmiński

Ileż to razy już słyszałem. Whole Lotta Love? Genialny numer, szkoda tylko, że tak udziwnili, że dodali te bezsensowne jęki w środku. Ech, jakże ciężko współczesnym przełknąć atmosferę lat 70., improwizacje czy wszystko, co niestandardowe. Do filharmonii chodzić, i co, do cholery, z tą muzyką w szkołach?

Początek tej płyty to po prostu obłęd. Page już na poprzednim albumie pokazał talent do riffów, riffem do Whole Lotta Love zapewnia sobie jednak nieśmiertelność. Ale to nie tylko te kilka dźwięków gitary, wspaniały jest cały utwór. Idealne pokazujący wielkość i istotę każdego z członków zespołu. Jakże znakomicie pasuje tu wokal Planta, jakże idealnie przyprawiony jest ten riff, basowym podbiciem i jakże znakomite jest początkowe wejście Bonhama i cała jego partia. Można się zachwycać ścieżką każdego instrumentu z osobna, ale to gitara pozostaje tu na pierwszym planie. A ta nielubiana przez współczesnych, a genialna przecież szamańska wstawka z innego świata? Robi się lekko afrykańsko, transowo, z mocno ówczesnym narkotyczno-psychodelicznym sosem. Zamknijcie oczy, dajcie się wciągnąć. I w końcu następuje To! Kanonada perkusyjna i solówka krusząca skały. Ludzie, rok 1969... I znów - ten motoryczny riff, znakomity wokal, stanowiący jakby kolejny instrument. Ideał.

A wszak piętnaście minut później kolejny wielki riff - Heartbreaker - niosący numer równie wyborny. Zachwycając się riffem warto wsłuchać się w tło muzyczne śpiewu wbijającego się między niego Planta i posłuchać jak pięknie dudnią tam basowe tony. I znów - gdzieś tam ta olbrzymia energia niosąca ten utwór gwałtownie się urywa, po to żeby Page mógł dać popisowe, bardzo ciekawe solo. W końcu, we własnym zespole, z trójką bezbłędnie rozumiejących go kompanów. Czuć nieskrępowaną artystyczną wolność i chęć pokazania kto tu rządzi. Efekt znakomity! Gładko tenże numer przechodzi w zwarty, pełen mocy Living Loving Maid z niezwykle chwytliwym refrenem.

Tak, dużo tu wspaniałej energii, genialnego hard rocka, którego epokę tak naprawdę wówczas Page i spółka otwierali wespół z ekipą Iommiego i Blackmore'a. Ale sęk w tym, że Zeppelini to nie jest zespół typowo hard rockowy. I tu chyba tkwi problem wszystkich tych metalowców, którzy chyląc czoła przed pojedyncznymi utworami czy riffami, nieco rozczarowują się słuchając całych płyt. Pod płaszczykiem hard rocka dużo tu wyrafinowania, różnorodności, mało szablonu. Właściwie nigdy nie wiadomo co nastąpi w następnym takcie. Weźmy takie Ramble On. Ot, niby takie pitu, pitu na akustyku z dziwnymi perkusjonaliami. Toczy się to leniwie i sprawia wrażenie wypełniacza, chociaż uważni słuchacze wiedzą, że jak Plant podnosi głos to coś w powietrzu wisi. No i znów nagłe wejście perkusji i cudowny okrzyk Ramble on! Planta z idealnie opóźnionym sing my song! I od tego momentu nie sposób się już od tego numeru uwolnić. Albo taki Moby Dick, który okazuje się bazującą na fajnym, nośnym riffie niby-improwizacją power-trio z perkusją w roli głównej. Fajne, co? Thank You to z kolei pierwsza samodzielne perełka balladowa. Słodko - uroczy tekst, z idealną muzyczną ilustracją gitary akustycznej, organów Hammonda, ale i mocnych uderzeń perkusji. Nie sposób nie ulec romantycznemu nastrojowi. What is and What Should Never Be natomiast to taki wzorzec tysięcy utworów na kolejne lata. Szablon typu "łagodne zwrotki, ostry refren" eksploatowany potem do znudzenia, tu zaprezentowany niezwykle smakowicie, ze znakomicie zrealizowanymi zmianami dynamiki.

No i są jeszcze dwa niby-typowe bluesidła - The Lemon Song i Bring it on Home - zapowiadający się na stylizacje pieśni z lat zamierzchłych, nagle przerwany kapitalnym riffem i powalająca dawkę energii. No bo w sumie, chłopaki - przy całym swym wspomnianym wyrafinowaniu - dodali trochę energii i mocy do dziadka bluesa, odsłaniając jego ukryte dotychczas moce, nieprawdaż?

"Dwójka" ukazała się dziesięć miesięcy po premierze "jedynki", ale utwory na nią powstawały zaraz po zamknięciu wcześniejszej sesji nagraniowej. Takie to piękne czasy, że jak ktoś debiutował, to miał już gotowy materiał dobrze sprawdzony w klubach na kilka płyt do przodu. W stosunku do debiutu, mniej tu bluesa, a jeszcze więcej energii. Poziom - równie doskonały!

Data dodania: 17-02-2014 r.

Led Zeppelin II

Led Zeppelin

Data wydania: 1969

Wytwórnia: Atlantic

Typ: Album studyjny

Producent: brak danych

Gatunki: