Encyklopedia Rocka

9 / 10

Maciej Wilmiński

To album zadziwiająco niedoceniany i zapomniany. Rzadko które opracowanie dotyczące zespołu poświęca mu więcej miejsca, nietrudno znaleźć takie, w których płyta określana jest jako "słaba" czy nie warta większej uwagi. Generalnie - klasyka Sabbath ma się kończyć na Sabbath Bloody Sabbath i tyle.

Zadziwiające. Sabotage to bowiem wciąż Black Sabbath w olimpijskiej formie! Mamy do czynienia z dziełem jednoznacznie hardrockowym, zdecydowanym powrotem do korzeni i ostrego grania, po dwóch dość eksperymentalnych albumach. Co prawda okładka może konfundować (ze szczególnym uwzględnieniem stroju, w jakim prezentują się Ward i Osbourne) i zapowiadać dzieło co najmniej kontrowersyjne, ale...

Być może główną przyczyną zakurzenia się Sabotage jest brak hitu, który zapisałby się mocniej w dyskografii zespołu. Skądinąd grupa na pięciu poprzednikach wyprodukowała tyle klasyków, że naprawdę ciężko było coś tam jeszcze dorzucić.

Ale jednak - najbardziej znanym utworem z płyty pozostaje rozpędzony, oparty na - no, wiadomo - znakomitym riffie Iommiego Symptom of the Universe z ostro zdzierającym gardło Ozzym (co zresztą ma miejsce w większości utworów na tym albumie) spokojnie do klasyki należy zaliczyć. Mamy tu wszystko, co w Sabbath najlepsze, a do tego zespół pokazuje nam jak znakomicie się rozwija, z rewelacyjnym efektem zmieniając pod koniec tempo i charakter całości. W efekcie rozpędzony killer z wieloma szaleńczymi solówkami w środku kończy się - bez uczucia najmniejszego dysonansu - łagodnie, choć z zachowaną lekką nutą niepokoju. Nie gorzej jest z początkowym Hole in the Sky - tu zespół łoi aż miło, jakby spuszczony ze smyczy, jakby chciał odreagować po lekko złagodzonym brzmieniowo Sabbath Bloody Sabbath - energia bije z tego utworu nieprawdopodobna, a Osbourne drze się jak nigdy wcześniej.

Bardziej melodyjne wcielenie formacji otrzymujemy w Thrill of it All, z fajnym intro przed chwytliwym, urywanym riffem, perkusyjnym klaskaniem i zadziornym Osbournem i znów - generalnie mogliby tak poriffować do końca i wszyscy byliby zadowoleni, ale gdzieś w połowie zmienia się tempo i mamy ciekawe przejście, pojawia się fortepian i syntezator - a efekt naprawdę interesujący. Natomiast Am I Going Insane? - kolejne po Who Are You? dzieło Osbourne'a - to już, jak na Sabbathów oczywiście, przyjemny popowy utwór z całkiem przebojowym, choć lekko przeskrzeczanym i przesadzonym wokalnie (nakładki) refrenem. Uwagę zwraca także zaskakujący instrumentalno-chóralny Supertzar.

Mamy tu jeszcze dwie niemalże mini-rock-opery. Prawie dziesięciominutowa, mroczna Megalomania mimo niezbyt zachęcającego początku znakomicie się rozkręca, nabierając barw i energii z każdą minutą, aż do ekscytującej instrumentalnej końcówki z zawodzeniem Ozzy'ego trochę w stylu Roberta Planta. Niewiele krótszy The Writ to z kolei upust złości i frustracji zespołu w stosunku do nieuczciwego menedżmentu (ileż tu w głosie Ozzy'ego złości), tu jednak - odwrotnie, po pierwszej części utworu napięcie wyraźnie siada i jego druga - dość eksperymentalna - połowa rozczarowuje.

Data dodania: 01-01-2012 r.

Sabotage

Black Sabbath

Data wydania: 1975

Wytwórnia: NEMS

Typ: Album studyjny

Producent: Black Sabbath, Mike Butcher

Gatunki: