Encyklopedia Rocka

Zły czas

7 stycznia dostałem od znajomych sporo SMS-ów z pytaniem czy widziałem teledysk do Lazarus Davida Bowiego z adnotacją, że jest mocny. Gdzieś tam w jakimś programie informacyjnym natknąłem się na jego fragmenty. Ale zanim zdążyłem w końcu zasiąść przed ekranem, świat obiegła wiadomość o śmierci artysty...

Przyznam - zamurowało mnie. I - pierwsza myśl - nie, to niemożliwe. Mając w pamięci tytuł utworu i obejrzane urywki klipu od razu pomyślałem, że to prowokacja artystyczna muzyka. Prowokacja, która mocno przekracza granicę dobrego smaku, ale przecież mamy oszalałe czasy, gdzie wszelkie ważne dotychczas wartości, ze sztuką włącznie, schodzą na dalszy plan, ustępując pole twórczości narcystycznych troglodytów. Więc trzeba uderzyć mocno, żeby wstrząsnąć. No i jeśli ktokolwiek miałby coś takiego zrobić, to właśnie Wielki, Niepokorny David.

A jednak okazało się to prawdą. I kiedy włączyłem w końcu wspomniany teledysk - wgniotło mnie w ziemię, zdruzgotało. Od pierwszej do ostatniej sekundy. Tekstowo, muzycznie (ponury saksofon i ten brudny riff gitary wchodzący w tym momencie!!), a przede wszystkim wizualnie. Każdy z tych składników idealnie wpasowuje się w inne i wzmacnia przekaz, szczególnie po śmierci muzyka... Wiedział. Zdążył pożegnać się z publicznością, jako Wielki Artysta. Odszedł na własnych warunkach i zasadach, z pełną świadomością. Przerażające, ale i niewiarygodne. Jak w dzisiejszych czasach udało mu się zachować swoją ciężką chorobę w tajemnicy. W czasach, w których przecież lekarze biegają do mediów, gdy tylko na ich oddział trafia ktokolwiek znany.

Choć jak donosił Rolling Stone Lazarus, to tytułowy utwór z musicalu o tej samej nazwie, nad którym Bowie pracował, opowiadający historię ex-bogacza, mieszkańca Nowego Jorku, który zagubił się w życiu, to jednak patrząc na teledysk nie ma wątpliwości - to muzyczny testament muzyka. Wstrząsający do głębi. Trzeba go obejrzeć.

A piszę to wszystko niespełna tydzień po niedorzecznej, niewiarygodnej informacji o śmierci Piotra Grudzińskiego, współzałożyciela, gitarzysty Riverside. Akurat miałem tydzień, gdzie codziennie co najmniej raz dziennie słuchałem Shrine Of New Generation Slaves, płyty po prostu fenomenalnej. A wszak dopiero co nagrali równie rewelacyjną.

40-lat! Serce krają się człowiekowi czytając pożegnania, które napisali dla niego koledzy, Mariusz Duda i Michał Łapaj. Trzy miesiące temu oglądałem ich na scenie, podziwiając niezwykłą chemię i sprawność wykonawczą muzyków. Pamiętam Mariusza Dudę, żartującego z poważnego imidżu Grudnia w kontraście do młodzieńczego wyglądu Łapaja, porównującego go do bardzo dobrego wina... Planowałem wybrać się na koncert do Gdyni, biorąc ze sobą dyktafon z myślą o wywiadzie... Nie wiem co dalej będzie z tym zespołem, tak olbrzymi cios w szczycie kariery. Chłopaki, trzymajcie się !!

***
Przeklęty, zły czas nastał ostatnio w muzyce rockowej. Bo przecież w grudniu pożegnaliśmy Scotta Weilanda, który jednak zapłacił cenę za nieustanne balansowanie na krawędzi. I uważanego za niezniszczalnego, za pomnik muzyki rockowej Lemmy'ego, który jak się okazało od dłuższego czasu był w stanie praktycznie terminalnym. Fakt, wyglądał coraz gorzej, przerywał koncerty, widać było, że pewna era dobiega końca, ale nikt nie spodziewał się najgorszego, co najwyżej ograniczenia działalności... Nikt nie jest w stanie pożegnać go lepiej niż wieloletni przyjaciel Ozzy Osbourne i do jego tekstu Was odsyłam.

A wszak tylko w pierwszych dwóch miesiącach tego roku pożegnaliśmy jeszcze Glenna Freya i Jimmy'ego Baina...

Leczmy rany muzyką. Muzyką, która ich wszystkich unieśmiertelniła.