Encyklopedia Rocka

Scorpions - Ergo Arena, Gdańsk/Sopot, 01.12.2017 r.

Kto: Nocny Kochanek, Scorpions
Gdzie: Ergo Arena, Gdańsk/Sopot
Kiedy: 01.12.2017 r.

Setlista:
1. Going Out With a Bang
2. Make It Real
3. The Zoo
4. Coast to Coast
5. 70's medley - Top of the Bill / Steamrock Fever / Speedy's Coming / Catch Your Train
6. We Built This House
7. Delicate Dance (Matthias Jabs solo)
8. Acoustic medley - Always Somewhere / Eye of the Storm / Send Me an Angel
9. Wind of Change
10. Rock 'n' Roll Band
11. Overkill
12. Mikkey Dee Solo
13. Blackout
14. Big City Nights

Bisy:
15. Still Loving You
16. Rock You Like a Hurricane

Ostatni raz na koncercie Scorpions byłem... 15 lat temu na warszawskim Torwarze. Wtedy było to spełnienie młodzieńczych marzeń, spotkanie z Wielkimi Idolami dzieciństwa. Spotkanie, oglądane z idealnej perspektywy pierwszego rzędu w gronie bliskich znajomych z fan-klubu, który wchodził wówczas w swój najlepszy okres. A Scorpions już wówczas wybudzeni ze śpiączki, z marazmu, już po Moment Of Glory i Acoustica, ale jeszcze przed Unbreakable. Powoli wracający na szczyty, ale jeszcze z pewnym niedowierzaniem, że znów wróciła koniunktura, że znów grają w wypełnionych halach... To byli Scorpions, którzy pozamiatali już na początku Coming Home i Bad Boys Running Wild. Było i We'll Burn The Sky, choć bez gitary Rotha, to jednak z TYM wokalem, były cudowne Coast To Coast, wywalające z butów Dynamite, Blackout, w końcu poruszające When the Smoke Is Going Down na koniec. Koncert - ideał, pełna satysfakcja. Wiedziałem, że lepszego nie będzie.

I tak po piętnastu latach przyszła pora na nostalgiczny powrót. Już na chłodno, bez tych emocji, oczekiwań. Oto Scorpions w szóstym roku swej pożegnalnej trasy. Scorpions, którym nieoczekiwania trafiła się kolejna młodość. Scorpions, których chce słuchać cały świat, którzy wypełniają hale i stadiony, często niedostępne dla nich nawet w złotych latach 80. Którzy jednocześnie nagrywają albumy takie, jak Return To Forever czy Comeblack - zdecydowanie będące zakałą ich wspaniałej dyskografii. I oto i ja, oglądający koncert - ponownie - naprzeciwko Rudolfa, ale już dobrych kilka metrów od barierek. Minęło półtorej dekady...

Support niestety mnie ominął. Support, trzeba przyznać, że tak, jak i przed laty, groteskowy. Wtedy... Irina Biłyk, teraz będący u swojego szczytu popularności Nocny Kochanek. Jakkolwiek oceniać ich twórczość, występ zespołu z założenia parodystycznego, wyśmiewającego - fakt, że przynajmniej muzycznie z klasą - cały zdychający gatunek reprezentowany przez gwiazdę wieczoru - hmm...

Scorpions w roku 2017, z 69-letnimi liderami, 61-letnim Matthiasem Jabsem, niestety, kompletnie nijakim Pawłem Mąciwodą na basie i świetnym Mikkeyem Dee za perkusją wciąż dają bardzo dobre koncerty. Nie ma na nich miejsca na zachowania improwizowane, jakieś nieoczekiwane szaleństwa, spontaniczność. Wszystko, całe zachowanie zespołu, łącznie z nudnymi, banalnymi, wręcz irytująco "you know" banalnymi tekstami Klausa Meine, każdy fan dokładnie śledzący dokonania zespołu, zna na pamięć. Ale co ważne - kompletnie tego nie czuć. Nie czuć tu rutyny, powtarzalności, sztucznych uśmiechów. Panowie są niezwykle profesjonalni i w bardzo dobrej kondycji fizycznej.

Klaus Meine nie dał po sobie poznać, że jeszcze dwa miesiące wcześniej trzeba było odwoływać amerykańską trasę, że pierwsze komunikaty mówiły wówczas o bardzo poważnych problemach ze strunami głosowymi. Choć głos już nie ten, i momentami się oszczędza, to wciąż śpiewa dobrze, choć już bez tej melodyjności, lekkości, dosyć monotonnie, szczególnie w tych cięższych, szybszych utworach. Rudolf Schenker wciąż udaje młodzieniaszka i wciąż robi to znakomicie. Matthias Jabs - niemożliwe, że leci mu już szósty krzyżyk. Najważniejsze trio zespołu niezmiennie uśmiechnięte, pozytywne, zaczepiające publiczność, domagające się aplauzu, radosne, szczęśliwe. Widać, że kochają to, co robią. Widać, że to ich żywioł. Sekcja rytmiczna? Paweł Mąciwoda gra dobrze, ale na scenie nie wnosi kompletnie nic, a po koncercie jest w stanie do macierzystej, polskiej publiczności wygłosić lakoniczne kilka słów. Choć, może po prostu wpasował się w styl "wypracowany" przez poprzedników. Z kolei Mikkey Dee, to idealny człowiek na idealnym miejscu. Potężne uderzenie, dobra technika, a przede wszystkim buchający testosteron. Rockandrollowiec pełną gęba, który nie musi, tak jak James Kottak, tatuować sobie połowy pleców w napisy typu "Rock And Roll Forever".

Oczywiście, każdy wyłapie setlistę skrojoną pod szacowny wiek Panów. Już jako czwarty instrumentalny Coast To Coast, po dwóch następnych numerach, solowy Delicate Dance Jabsa, któremu nie akompaniuje już Rudolf, ale techniczny, Ingo Powitzer, i znów kilka numerów, a po nich długie, spektakularne solo perkusyjne Dee. Trochę szkoda, że z nowej, koszmarnej płyty słuchaliśmy aż trzech numerów (+ fragmencik czwartego), z drugiej strony ciężko się dziwić, że Panowie chcą odświeżyć swój koncertowy zespół o nowe numery. Setlista szału nie robiła, to powiedzmy sobie wprost. Ni to promocja nowej płyty, ni przypomnienie największych hitów.

Jeśli chodzi o publiczność, to ta dopisała. W porównaniu do występu Judas Priest z końcówki 2015 r., znacząco większa, hala praktycznie wypełniona. Wiekowo raczej z klimatów "Dolina Charlotty", nastawiona szczególnie mocno na ballady.

To co, czas na szczegóły?

Po paskudnym animowanym intro, zaczynają od Going Out With a Bang. Pierwszy numer z Return to Forever z tekstem z cyklu "otwieracz koncertów", choć już w klimacie: "myślicie, że już nie dajemy rady? To patrzcie!". Na płycie numer wypadał słabo, tu jako tako się broni, bo zaczyna koncert, wychodzą zza kurtyny, a my - widzowie - jesteśmy oszołomieni i szczęśliwi, działają endorfiny. Na chłodno, kto wie czy to nie najsłabszy otwieracz koncertowy w historii zespołu? Przyzwoicie wypadło również Make it Real, do uwznioślenia brakuje jednak bardziej melodyjnego wokalu. Podobnie The Zoo, osobiście nigdy nie byłem entuzjastą tego numeru, a szczególnie w wersji "na żywo".

Po chwili przychodzą dwa największe rozczarowania koncertu. Strasznie ostrzyłem sobie zęby na Coast to Coast, właściwie miał to być dla mnie najważniejszy moment tego wieczoru. Niestety, słyszałem tylko rzężącą gitarę Rudolfa, nie do końca skądinąd grającego jak należy. Problemy z dźwiękiem spowodowały, że najważniejsze dla mnie partie gitary solowej były kompletnie niesłyszalne. No trudno, oto zaczyna się "Medley 70". Słyszałem już te utwory z TĄ gitarą solową, teraz przyszedł czas na TEN wokal i TEGO gitarzystę rytmicznego. I co? Słysząc riff do Top Of The Bill na żywo w wykonaniu Rudolfa Schenkera, mogę odkreślić spełnienie kolejnego koncertowego marzenia. Nie zdążył się jednak człowiek nacieszyć, bo przerywają numer po pierwszym refrenie, zbyt gwałtownie, zbyt szybko, choć trudno się dziwić, przerywają przed najbardziej forsownymi i trudnymi partiami, tak głosowymi, jak i gitarowymi. Rusza Steamrock Fever, numer, który słabo na żywo wypadał przecież nawet na Tokyo Tapes, gdzie jeszcze był Uli Jon Roth. Tu obnażona została cała jego miałkość, a szybki rzut oka na znudzoną publiczność, jednoznacznie potwierdził moje odczucia... Speedy's Coming... No nie... Przy 69-letnim Klausie śpiewającym zachowawczo i dość jednostajnie, przy słabo nagłośnionym Jabsie, grającym połowę ornamentów Rotha i to jeszcze po swojemu. I przy Rudolfie grającemu riff, jakby od niechcenia, na odwal, to nie miało szans się sprawdzić. Podobnie kiepsko wypadł Catch Your Train. Trochę to wszystko brzmiało jak męczarnia. I dla zespołu, i dla publiczności. Niestety, bardzo mocno wyszło na wierzch jak wiele w tych utworach znaczy gitara solowa, jak wiele wnosił Uli Jon Roth, i jak ważny jest tu drapieżny, agresywny wokal. I co - smuteczek, Pół godziny koncertu i człowiek, chcąc nie chcąc, wychodzi na zgreda. Niespecjalnie się podoba, emocji za bardzo nie ma, jakieś takie rozczarowanie. Może już nie ten czas, nie to miejsce?

Ale oto stał się cud. We Built This House z Return To Forever. Utwór wedle starych sprawdzonych wzorców, z bezczelną dawką nostalgii, mający w sobie jakieś przebłyski z czasów wielkości zespołu, po prostu chwycił. I porwał. Od tego momentu było już tylko dobrze i bardzo dobrze. Delicate Dance Jabsa wypadło znakomicie. Fajnie, że gitarzysta, w końcu, po latach koncertowania, znalazł klucz do swoich solowych popisów. Ten wpadający w ucho, instrumentalny numer, znany fanom od czasów MTV Unplugged, wypada o niebo lepiej, od nieciekawych przebiegów po gryfie sprzed lat.

Ogromny żal mam o balladowy zestaw Always Somewhere/Eye of the Storm/ Send Me an Angel. Przede wszystkim dlatego, że Always Somewhere, a zwłaszcza Send Me An Angel wypadły... magicznie, przepięknie, a oba zostały przerwane zbyt wcześnie... W Ergo Arenie pojawiła się prawdziwa magia, a ja w końcu poczułem ciary. Nie muszę wspominać też, jak bardzo ożywiła się publiczność. Ale cholera, nie zagrali całych i polizaliśmy cukierki przez szybę. Wsadzony pomiędzy balladopotworek, Eye of the Storm jako tako na żywo się obronił, ale to kompletnie nie ta liga, szkoda.

Wind of Change, oczywiście nie odważyliby się skrócić. Jak to się dzieje, że jeden z najbardziej zamęczonych rockowych utworów na świecie, brzmiał świeżo, porywająco? I był jednym z najmocniejszych punktów tego wieczoru? Emocji nie zniszczył nawet groteskowy gołąbek pokoju na telebimie...

Rock and Roll Band na żywo wybroniło się na pewno lepiej niż na płycie, choć utwór słabiuteńki, a chwilę potem największa chyba niespodzianka - hołd dla Motorhead w postaci Overkill. Kto by się spodziewał, że takie numery będziemy słyszeć na koncertach Scorpions? I cóż, choć pomysł zacny, i Panowie wyraźnie bawili się znakomicie, to problemem - znów - było nagłośnienie. Słyszałem tylko i wyłącznie ścianę dźwięku, spod której ledwo wybijał się głos Klausa. W efekcie - bardzo, bardzo średniawo. Utwór płynnie przeszedł w solowy popis Mikkeya Dee. Popis spektakularny i muzycznie, i wizualnie, bowiem podest z perkusją zaczął w pewnym momencie unosić się na specjalnie przygotowanym podnośniku. Siła uderzeń Dee, przyniosła dreszczyk niepewności, czy Mikkey nie poleci zaraz z całym zestawem na dół. Sam perkusista pokazał się po prostu jako archetyp rockandrollowca z krwi i kości. Wspaniale oglądać takich ludzi w akcji.

Po solo pozostał czas na hity, które wypadły - nomen omen - hitowo. Znakomite wersje Blackout i Big City Nights zwieńczyły podstawową część koncertu, a na bis poprawili jeszcze równie dobrymi wersjami Still Loving You i Rock You Like a Hurricane. Znakomita robota.

Emocje były, choć bez większych wzlotów, na pewno była to sympatyczna podróż w czasie. Fajnie było i tyle. Scorpions to wciąż bardzo solidna firma, solidny szyld, którego czas nie ima się tak mocno, jak innych wielkich z podobnym stażem. Czuć było w powietrzu, że to już powoli koniec, że metryk się nie oszuka, że być może była to ostatnia okazja obejrzeć ich na żywo w Polsce. Takie myśli towarzyszyły mi po występie. Tymczasem, parę dni później zapowiedziano już na przyszły rok koncert w Łodzi. I jednak mam wrażenie, że Scorpions będą na tej scenie dopóki tylko zdrowie pozwoli. Wcześniej nie odpuszczą.