Encyklopedia Rocka

Black Label Society - Stodoła, Warszawa, 21.03.2018 r.

Kto: Monolord, *Black Label Society*
Gdzie: Klub Stodoła, Warszawa
Kiedy: 21.03.2018 r.

Setlista:

1. Genocide Junkies
2. Funeral Bell
3. Suffering Overdue
4. Bleed for Me
5. Heart of Darkness
6. Suicide Messiah
7. Trampled Down Below
8. All That Once Shined
9. Room of Nightmares
10. Bridge to Cross
11. Spoke in the Wheel
12. In This River
13. The Blessed Hellride
14. A Love Unreal
15. Fire it Up
16. Concrete Jungle
17. Stillborn

Wrocław, Gdańsk, teraz... Warszawa. To już mój trzeci polski koncert Black Label Society w ciągu ostatnich czterech lat. Była to zarazem pewna podróż sentymentalna, bowiem występ zespołu w Stodole z 2005 roku, wspominam jako jeden z najlepszych koncertów, na jakich dane mi było być. Zespół grał wówczas chyba w swoim najlepszym składzie i był niesiony wysoką falą sukcesu albumu Mafia. Do dziś pamiętam fantastyczną atmosferę wśród publiczności i nieskrywane zaskoczenie przyjęciem na twarzach muzyków. A także fenomenalne wykonania Suicide Messiah, Fire it Up, In This River i chóralnie odśpiewane przez całą publiczność Mama I'm Coming Home No i ci techniczni, wlewający Zakkowi do ust hektolitry piwa do ust w czasie solówek...

Było, minęło. Na tamtym koncercie zespół wydawał się wielki, u progu wejścia do rockowej ekstraklasy. Trzynaście lat później nie jest tam, gdzie być powinien. Ba, można powiedzieć, że lata 2006 - 14 to spory kryzys kapeli, zażegnany dopiero dwiema ostatnimi płytami. Baza fanów jednak wyraźnie się wykruszyła. Tym bardziej byłem zaskoczony i ucieszony widząc Stodołę wypełnioną praktycznie po brzegi, również jeśli chodzi o miejsca siedzące.

Sam występ zdecydowanie nie zawiódł i przywołał te najlepsze wspomnienia, choć bliżej mu było do występu gdańskiego sprzed trzech lat czy wrocławskiego sprzed czterech. Znakomita atmosfera, świetna zabawa publiczności, ale i spore problemy z nagłośnieniem. Zakk Wylde tym razem trochę mniej rutyniarski i wycofany, z większym entuzjazmem, w doskonałej formie gitarowej i - niestety, jak zwykle na żywo - przeciętnej wokalnie. Ale przejdźmy do szczegółów.

Na początek szwedzki Monolord, który występował niespełna 40 minut. Prawie trzecią część tego czasu zajął wykonany na koniec Empress Rising, intrygujący, hipnotyzujący, szamański utwór tytułowy z debiutanckiego albumu trio. Trio tworzonego przez: niepozornego perkusistę, który jednak potrafił z małego zestawu wycisnąć potężne brzmienie, szalonego basistę, szyjącego doprawdy potężne doły i sprawiającego wrażenie bezkompromisowego punkowca, i śpiewającego gitarzystę, wizualnie jakby żywcem wyjętego z początków lat 70. Zespół porusza się w granicach sludge metalu, ze sporą domieszką klimatów space-doom-stonerowych, jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Takie, hmm, Black Sabbath zmieszane z Monster Magnet. Grupa, jak na prezentowany gatunek przystało, brzmiała potężnie i soczyście, ale tak brzmieniowo, jak i wykonawczo, utwory znacząco ustępowały tym z wersji płytowych. Szczególnie wokalnie było płasko i monotonnie. Oprócz wspomnianego Empress Rising, zaprezentowali, między innymi, numery z najnowszej płyty, takie jak Where Death Meets The Sea i Rust. Dla mnie na żywo nie potwierdzili krążących o nich pozytywnych opinii, choć niewątpliwie sporej części publiczności muzyka Szwedów wyraźnie przypadła do gustu. Dawno nie zrzucono na mnie tyle gruzu - wykrzyczał z entuzjazmem po występie stojacy nieopodal mnie jegomość.

Krótka przerwa i już słyszymy Whole Lotta Sabbath. Po raz kolejny byłem pod wrażeniem tego świetnego miksu - jakże idealnie wprowadza on w atmosferę muzycznego święta. Chwilę później lecące z taśmy pierwsze dźwięki Genocide Junkies i kurtyna z logiem Black Label Society opada przy pierwszych dźwiękach skocznego i potężnego riffu. Tak, moim zdaniem najlepszy możliwy utwór na początek koncertu tego zespołu to jednak The Beginning... At Last z debiutu, niemniej jednak utwór, który trzynaście lat temu zamykał występ, równie dobrze tym razem sprawdził się na początek. Co ciekawe, solówkę Wylde zagrał tu unisono z drugim gitarzystą, Dario Loriną. Zespół nie brał jeńców. Od razu dorzucili ognia rónie znakomitymi: Funeral Bell, a chwilę później Suffering Overdue, gdzie krótkie zwolnienie przed solówką dało pożądaną chwilę oddechu widzom.

Wystrój? Standardowy! Klasyczna płachta BLS z tyłu sceny, a po obu stronach perkusji imponująca trzykondygnacyjna ściana wzmacniaczy Wylde Audio. Do tego trochę dymu, puszczanego dość oszczędnie, ale za to z przytupem. Dośc dziwnym, kontrowersyjnym i zupełnie dla mnie niezrozumiałym elementem scenografii był zamieszczony na statywie mikrofonu duży drewniany krzyż, obwieszony różańcem, pod którym znalazły się standardowe czaszki. Nie ten czas, nie to miejsce...

Niestety, od samego początku, zdecydowanie najsłabszym punktem programu było nagłośnienie. Od razu w uszy rzuciło się przepotężne brzmienie. Było bardzo, bardzo głośno. Dość powiedzieć, że riff do ballady Bridge To Cross powodował niemalże drżenie całego budynku... Do tego, niestety, źle nagłośniony i mocno przesterowany bas sporo psuł, co było odczuwalne przez sporą część koncertu. Szkoda, bo DeServio gra naprawdę ciekawie i dodaje muzyce grupy sporo kolorytu. Tymczasem bas zagłuszał momentami i gitarę, i wokal. Głos Wylde'a było słychać dobrze tylko w pierwszych rzędach, a i to raczej po boku sceny. Momentami było tak źle, że słyszałem tylko poteżne uderzenia perkusji i trzeszczący bas, a spod nich gdzieś tam wydobywały się gitary i wokal. Zepsuło to wszystko odbiór całości i nie pozwoliło w pełni cieszyć się muzyką grupy. Kilka utworów wyraźnie na tym straciło, tak, jak znakomite Bleed For Me i In This River.

Zakk Wylde, jak już wspomniałem, sprawiał wrażenie znacznie bardziej obecnego, ożywionego, spontanicznego, aniżeli na ostatnich występach w Polsce. Więcej było w nim entuzjazmu i energii, którą widać było szczególnie w ognistych, choć granych z pewną nonszalancją solówkach. Większość zaprezentowana była oczywiście z gitarą w pozycji pionowej, stojąc na podeście ponad odsłuchami, dzięki czemu każdy miał okazję obserwować Maestro w akcji.

Oczywiście lider zespołu co rusz zmieniał gitary, prezentując pełną gamę sprzętu z własnej stajni Wylde Audio. Pierwsze numery zagrał na stylistycznie zbliżonym do swego klasycznego Les Paula, Odin Bls White, potem jednak poruszał się w gitarach nawiązujących do SG czy mieszanki SG z Flyingami. Lorina nie pozostawał mu dłużny, przez jego ręce też przewinęło się kilka wioseł. Rozumiem tradycje rockowych herosów gitary i obowiązki pod kątem marketingu, jednakże przez te ciągłe zmiany sprzętu, występ tracił nieco ze swej dramaturgii, szczególnie, że w międzyczasie kiedy po scenie biegali techniczni z latarkami, z taśmy puszczane były... intra do poszczególnych utworów (m.in. Tramped Down Below, Love Unreal, Spoke in the Wheel, Bridge To Cros). Tym razem nie było za to gitar z podwójnym gryfem, a i akustyk widzieliśmy raz, Lorina sięgnął po niego przy rewelacyjnie wykonanym The Blessed Hellride.

Nie zabrakło wszakże i popisów fortepianowych. Co prawda, przy Bridge To Cros, za fortepianem przyozdobionym czaszką zasiadł Lorina, ale już przy Spoke in The Wheel i In This River Panowie zamienili się rolami. Bardzo dobrze i ciekawie w tej aranżacji wypadł pierwszy z wymienionych numerów, bez wątpienia najlepsza ballada tego wieczoru.

Wokalnie Wylde, jak już wspomniałem, szału nie zrobił, do tego nałożyło się kiepskie nagłośnienie. W kwestii konferansjerki doskonale znany standard - obowiązkowe king-kongi i gesty zachęcające publiczności do większego ognia. Przy okazji All That Once Shined mieliśmy jedyny moment rozgadania się muzyka, który przedstawił w swoim charakterystycznym poczuciu humoru zespół i wyraźnie zadowolony co chwila wspominał o Polish Powah Chapter of the Allmighty Black Motherfucking Label. Będąc przy zespole, wspomnijmy o tym, że chudziuteńki Dario Lorina, wyraźnie okrzepł i nabrał pewności siebie. Dalej sprawia wrażenie skromnego, nieco wycofanego, ale w końcu jednoznacznie widać, że to cholernie skuteczny wymiatacz i choć może na scenie nie prezentuje się tak dobrze, to na pewno jest o wiele lepszym gitarzystą, niż wieloletni muzyczny partner Wylde'a Nick "The Evil Twin" Catanese. Nie oszukujmy się, ma też ciężką rolę. Płyty Wylde nagrywa sam, a i na koncertach to on świeci pełnym blaskiem.

No właśnie. Niespodzianką była tradycyjna popisówa solo, z graniem za plecami, zębami i tak dalej. Tym razem, miała miejsce w czasie Fire It Up. Wylde po prostu zszedł do publiczności i, przy asyście kilku ochroniarzy, odegrał swą pokazówkę na środku Stodoły, otoczony wiankiem telefonów komórkowych. Nie przerywając swojego popisu po kilku minutach przeniósł się na balkon klubu, gdzie dał chyba jeszcze większy szoł. Przyznam, zrobiło to odpowiedni efekt i wrażenie, nawet na mnie, który świadkiem tych popisów był już wielokrotnie.

Wróćmy jeszcze na koniec repertuaru. Jak wypadły utwory z płyty, która wszakże była promowana? Bardzo dobrze. Zagrane mniej ponuro, żwawiej i dynamiczniej, z mocniejszym brzmieniem niż na płycie, jeszcze mocniej odsłoniły swe walory. Właściwie tylko Room of Nightmares wypadło mocno przeciętnie. Pozostałe trzy bardzo mi się podobały, ze szczególnym naciskiem na A Love Unreal i Trampled Down Below.

Najlepsze momenty? Pierwszy i ostatnie trzy numery, z punktem kulminacyjnym w postaci Fire it Up. Do tego Spoke in the Wheel, The Blessed Hellride, A Love Unreal i - tu zaskoczenie - Heart Of Darkness. Wymieniłem ponad połowę utworów, a gdyby było lepsze brzmienie, doprawdy trudniej byłoby czegoś nie wymienić. Sam set skrojony był idealnie i praktycznie pozbawiony słabego punktu.

Mimo brzmieniowych braków, wychodziłem ze Stodoły w pełni usatysfakcjonowany. I czekam na kolejny występ zespołu w naszym kraju, bo znów nie zagrali niczego ze Stronger Than Death.