Encyklopedia Rocka

Riverside - Stary Maneż, Gdańsk, 21.04.2017 r.

Kto: Sounds Like The End Of The World, Lion Shepherd, Riverside
Gdzie: Klub Stary Maneż, Gdańsk
Kiedy: 21.04.2017 r.

Setlista:
1. Coda
2. Second Life Syndrome
3. Conceiving You
4. Caterpillar and the Barbed Wire
5. The Depth of Self-Delusion
6. Saturate Me
7. Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)
8. 02 Panic Room
9. Escalator Shrine
10. Before

Bisy:
11. Towards the Blue Horizon
12. Coda

Niemalże półtora roku minęło od ostatniego, kapitalnego koncertu Riverside w Gdańsku. I trochę ponad rok od wstrząsająco nagłej, całkowicie niespodziewanej śmierci Piotra Grudzińskiego... Idę zamyślony, w strugach paskudnego, wręcz zimowego, wręcz listopadowego deszczu do Starego Maneżu. Myśli naturalnie kierują ku tym wszystkim poruszającym wypowiedziom Dudy, Łapaja, Kozieradzkiego - tych zaraz po tragedii, ale i późniejszych... Zastanawiam się jaki charakter będzie miał ten koncert, w jakiej formie mentalnej są chłopaki, jak to wszystko pozbierali. To dopiero drugi koncert wskrzeszonego zespołu w ramach regularnej trasy. Te najcięższe pierwsze kroki wykonali w Warszawie w lutym. I ponoć było fantastycznie.

Wchodzę, dziwnym bocznym wejściem na salę i od razu trafiam w jej środek. A tu zaskakujący tłum, nie ma gdzie szpilki wcisnąć, mimo że na scenie zaczął dopiero drugi z supportów, Lion Shepherd (pierwszym "lokalsi", Sounds Like The End Of The World). Jak się potem dowiedziałem, koncert był wyprzedany i oglądało go ok. 1 500 osób.

Cóż, o ile przy poprzedniej okazji chwaliłem Lion Shepherd, tak teraz ich występ, w znacznej części poświęcony promowaniu nowego wydawnictwa - Heat - kompletnie nie przypadł mi do gustu. Słuchałem zadziwiająco obojętny, wręcz znużony, mający poczucie dziwnej monotonii, szczególnie wokalnej. A może o kwestia zniecierpliwienia, czy też całkowitego skupienia na głównym wydarzeniu wieczoru?

Dość długo czekaliśmy na techniczne przygotowanie sceny i wyjście Riverside. W końcu są. Wychodzą w trójkę. Duda wyprostowany, pewny siebie staje przed mikrofonem, witając publiczność, zapowiada dwugodzinny występ całkowicie innego Riverside. Dodaje, że te obecnie koncerty są dla nich swego rodzaju terapią. Bez zbędnych słów, bez zbędnego patosu, frazesów...

Posępnie brzmiąca, powtarzana fraza klawiszy Łapaja i na początek... Coda, z jakże znaczącym

I won't collapse
I'm set to rise

na koniec. Mocne, mimo delikatnego, wysokiego wokalu Dudy...

Nastrój zadumy przedłużyło wejście na scenę gościnnie występującego z zespołem gitarzysty, Macieja Mellera, który charakterystyczną frazą czujnie, pięknie rozpoczął Second Life Syndrome. A moje myśli automatycznie, nie wiedzieć czemu, powędrowały z miejsca ku gilmourowskiemu preludium w Shine On You Crazy Diamond.

Wzrok mój, ale chyba i większości publiczności wyraźnie skupia się na Mellerze. Jakże ciężkiego, niewdzięcznego zadania się podjął! Wszyscy patrzą, słuchają, wiedzą, że to nie On powinien tam stać. Wszyscy patrzą i w skupieniu słuchają. Zagra tak samo czy coś zmieni, coś doda od siebie? Zagra frazę dłużej, czy krócej? Szybciej czy wolniej? Niżej czy wyżej? Tak źle, i tak niedobrze...

Maciej, ten sam rocznik co Duda i Grudziński, zresztą dobry przyjaciel tego pierwszego, udźwignął jednak ciężar. Zagrał rewelacyjnie. Riverside brzmiało jak Riverside, jednocześnie Meller brzmiał jak Meller. A o to chyba chodziło! Muzyk pięknie odnalazł się na scenie, może nawet za bardzo chowając się w cień, pozostając statecznym, schowanym, w tle, nawet wtedy, gdy wyraźnie rozemocjonowany, będący w transie Duda podszedł do niego z basem, oczekując muzycznej interakcji, w czasie długiego instrumentalnego fragmentu jednego z utworów.

Z długiej zadumy wyrwała mnie rozpędzająca perkusja Kozieradzkiego i Duda, który z coraz większą energią, sceniczną agresją zaczął atakować bas znajomym motywem, wchodząc w swoisty trans. Rozpędzili się i wykonanie tytułowego utworu z drugiej płyty było doprawdy ostre, bezkompromisowe. Choć wyraźnie tego dnia zmysłuy wyczulone były na przekaz słowny i szczególnie mocniej wyłapały ten fantastycznie rozśpiewany, motyw:

And when that all shattered I felt I'd broken my fall
Couldn't pretend that I felt strong about us anymore

Co chwilą coś, nowe skojarzenia, myśli...

Chyba wszystkim, i muzykom, i publiczności, potrzeba było trochę czasu. Na oswojenie się z nową sytuacją. Na opanowanie pierwszych emocji. Nawet, jak zwykle odegrane znakomicie, Conceiving You było przyjęte przez publiczność jakoś tak... zwyczajnie. Bez spektakularnej wrzawy, emocji... Ale już jakoś chwilę później, można było poczuć, że koncert zaczął się w pełni. Że opadło to wielkie napięcie, że można było skupić się już na muzyce.

Na prawie pół godziny zanurzyliśmy się w dwóch ostatnich płytach. The Depth of Self-Delusion - jak zwykle fenomenalnie. Saturate Me i Caterpillar and the Barbed Wire - o ile na płycie czegoś mi przy nich brakowało, jakiejś takiej "kropki nad i" - tu ostatecznie się przekonałem. Doskonale na żywo sprawdził się szczególnie ten drugi. Z kolei Lost, zagrany w w wersji na gitarę akustyczną, wypadł zaskakująco blado, nie tak efektownie, porywająco jak w standardowej wersji. Na koniec utworu Duda postanowił pozwolić wykazać się publiczności, która miała śpiewać nośny szlagwort. A tu cisza, jakieś nieśmiałe przyśpiewki spod nosa. Duda próbował i próbował, w końcu wyciszył też pozostałych muzyków, a z antresoli uaktywnił się zagrzewający do boju, odważniejszy fan.

Dziwne to było. Pełna sala - bilety wykupione dużo wcześniej i takie jakieś odrętwienie. Jakby zataczająca coraz szersze kręgi laicyzacja i brak coniedzielnych śpiewów w kościele, jakoś nam społeczeństwo zawstydził. Bo każdy jakoś tak nieśmiało, po cichutku, pod nosem, byle ktoś stojący obok nie usłyszał? Szkoda... A co tam, przy okazji ponarzekam na ten Maneż. Oświetlenie sceny - rewelacja, nagłośnienie - selektywne. Ale - na publiczności też dziwnie jaśniuteńko i jakoś tak bez klimatu... A dźwięk taki, że miałem ochotę znaleźć dźwiękowców i podkręcić gałki, bo jakoś tak, za cicho. Ha, ostatnio byłem na Uriah Heep gdzie z kolei za głośno i za mało selektywnie. Dogódź takiemu... No, to samoprzyłapany, wracam do meritum.

Drapieżnie wykonany 02 Panic Room uwolnił z kolei talent wokalny u kogoś z przodu, w momencie dłuższej, specjalnej pauzy, ktoś nie powstrzymał się przed wykrzyczeniem refrenu. No i super! A po chwili chyba najbardziej magnetyczny moment koncertu - Escalator Shrine - wykonany idealnie, magnetyzująco.

I na koniec:

I’ve become the one who wants to live
and just feel alive again

Myśli nerwowo po głowie się kołatały - co to za utwór, czyżby coś nowego?

I’ve changed myself

I’ve become addicted to being strong
Started out my second life

And the remnants of your tears and smiles
Shift deleted from my mind

No i przypomniałem sobie w końcu - Before - z Second Life Syndrome. Nie grany chyba od wieków, a i nie słuchany przeze mnie też dość długo. Właściwie idealny na zakończenie - jako jakieś takie podsumowanie tego wszystkiego. I chyba wcześniej przeze mnie niedoceniany. Znów niesamowite emocje. Instrumentalna końcówka, która zabrzmiała niczym katharsis. Bez słowa zeszli ze sceny...

Wrócili na bisy. Najpierw najważniejszy utwór tej trasy - Towards The Blue Horizon. Duda wyraźnie wzruszony, publiczności wyraźnie udzielił się nastrój. I na koniec - znów - Coda. Wzruszające podziękowania i pożegnanie.

Występ znakomity. Riverside znów są z nami. Silni, ale z wciąż wielką raną. Maciej Meller wspaniale pomaga i wpisuje się w tę układankę. To w telegraficznym skrócie. Perłki wieczoru - Escalator Shrine i zaskakujące Before. I właściwie znów utwierdziłem się, że o ile od początku Riverside grał świetnie, na bardzo wysokim poziomie, to jednak dwa ostatnie albumy to jednak inny poziom. Niemalże absolut. Dzięki Panowie za to, że się podnieśliście. I jesteście.