Encyklopedia Rocka

British Lion - B90, Gdańsk, 23.11.2016 r.

Kto: Voodoo Six, British Lion
Gdzie: B90, Gdańsk
Kiedy: 23.11.2016 r.

Udział lidera Iron Maiden, Steve'a Harrisa, w projekcie British Lion i wydanie płyty pod tym szyldem w 2012 roku, było dla mnie sporym zaskoczeniem. Jeszcze większym była słaba jakość tej muzyki. Nie oszukujmy się, jest ona bardzo przeciętna, to hard rockowe klisze wykonywane przez średniawych muzyków, wspomaganych przez wielkiego basistę. Do tego album brzmi fatalnie, niezwykle płasko, jest mało dynamicznie (a może po prostu - niskobudżetowo) wyprodukowany. Sam Harris podkreśla w wywiadach, że zachwycił się duchem lat 70., przywoływanym w tej muzyce. I owszem, jest on w niej mocno obecny, ale jednak istnieje cała masa kapel, która wykonuje to o co najmniej klasę lepiej.

Mamy rok 2016 i kolejne zaskoczenie. British Lion ruszają z tym materiałem w trasę koncertową. Ujrzeć Steve'a Harrisa w klubowym wydaniu? Nie sposób było tego ominąć.

I tak w środowy, listopadowy wieczór, stanąłem u bram gdańskiego B90. Niestety, nie zdążyłem na supportujący występ Voodoo Six, również mocno chwalonych i promowanych przez Harrisa. To zespół, który zakładał znany dziś z Judas Priest Richie Faulkner, a który koncertował już także jako support dla Iron Maiden.

British Lion pojawili się na scenie pięć minut przed planem, przy doprawdy nielicznej publiczności. Niestety, klub świecił pustkami, może było z 200 osób? Niektórzy pisali o pięciuset, ale nie wiem gdzie Ci ludzie się pochowali... Dość powiedzieć, że można było stać na wyciągnięcie ręki do sceny przez cały koncert, trzymając w jednym ręku puszkę/kubek z piwem, co wiele osób uskuteczniało... Przyznam, że byłem tym faktem mocno zaskoczony, spodziewałem się, że jednak samo nazwisko lidera Iron Maiden wystarczy, aby zapełnić klub wielkości B90. Ciekawe jestem jak wygląda to w innych państwach, skoro tak słabo jest w Polsce, jednej z kolebek fanów Żelaznej Dziewicy. Szczególnie zaskakiwała mnie nieliczna garstka młodych fanów, w wieku, powiedzmy, do 30-tki. Dominowali weterani. Skądinąd, dwójka panów po 50-tce na koniec niemalże pobiła się o złapaną pałeczkę rzuconą ze sceny przez perkusistę...

Prościutka scenografia i pięciu muzyków. I cóż, od początku wyraźnie widać było, że mamy do czynienia z raczej typowo pubowym zespołem, który po wielu latach lokalnego grania zyskał właśnie nieoczekiwaną szansę na ogólnoeuropejską trasę. Zespół (za wyjątkiem jednego z gitarzystów) tworzą bowiem muzycy, których zaliczylibyśmy już do kategorii weteranów. Szczególnie drugi gitarzysta, w okołoharrisowym wieku, podobny nieco do Nicko McBraina (szczególnie na promocyjnych fotkach), już wyraźnie "swoje w życiu przeszedł".

Od początku uwagę wszystkich przykuwał oczywiście Steve Harris. Który miał TEN sam instrument, TEN sam wzmacniacz i zachowywał się dokładnie TAK SAMO, jak na koncertach Iron Maiden. "Cicho wyśpiewywane" w charakterystyczny sposób wespół z wokalistą teksty wszystkich numerów, strzelanie z basu do zgromadzonych, noga na wzmacniaczu, nieustanna zmiana miejsca na scenie... Do tego radość z grania i energia, jakby grał dla oceanu publiczności na Rock In Rio, a nie garstki w gdańskim klubie. Co zresztą przenosiło się na cały zespół, który był - wyraźnie, i nie kurtuazyjnie - zadowolony z przyjęcia ze strony publiczności i dał z siebie wszystko.

Wracając jeszcze do głównego bohatera wieczoru. Niezwykłą przyjemnością była możliwość obejrzenia muzyka takiej klasy w akcji w klubie, z tak bliskiej odległości, w tak bliskiej interakcji z publicznością. Jakaż to różnica w stosunku do stadionowych występów macierzystego zespołu Harrisa, nawet z wykupionym miejscem przy barierkach...

Koncert był pozytywnym zaskoczeniem. Swoje zrobił wokalista Richard Taylor - bardzo skromny i niezwykle sympatyczny - który śpiewał o niebo lepiej, agresywniej, dynamiczniej i odważniej niż na płycie. Dodatkowo, tu i ówdzie sięgał po gitarę akustyczną. Dzięki niemu ze sceny płynęła fajna, niezwykle pozytywna energia. Utwory ogólnie zabrzmiały drapieżniej, ciekawiej niż na debiutanckiej płycie zespołu, choć raziły jednak przeciętne umiejętności gitarzystów, którzy nie zagrali tego wieczoru żadnej zapadającej w pamięć solówki.

Szczególnie dobrze i niezwykle przebojowo wypadły The Chosen Ones i Us Against the World, w których pod koniec refreny wyśpiewywała już cała publiczność. Oprócz numerów z debiutu, grupa zaprezentowała też kilka numerów z zapowiedzianej drugiej płyty. Zapowiada się dzieło agresywniejsze i ciekawsze. Co więcej, muzycy ogłosili, że nagrywają każdy swój występ z myślą o krążku koncertowym. Szacunek za oparcie setlisty na wyłącznie swoich kompozycjach. Zero coverów, zero Iron Maiden. A nikt ze zgromadzonych, przecież nie miałby za złe, jakby jednak coś zagrali.

Po 85 minutach zespół zszedł ze sceny. Na bisy już nie wrócił. Muzycy pojawili się jednak po około 30-minutowej przerwie, aby podpisywać płyty, pozować do zdjęć, zamienić dwa słowa. Miły gest.

Bardzo solidny koncert, w niezwykle fajnej atmosferze, na którym zespół wycisnął ile się da z przeciętnego materiału. Może pójdą za ciosem i drugim albumem zamkną usta takim malkontentom, jak ja?