Encyklopedia Rocka

Czas na emeryturę?

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść/Niepokonanym/Wśród tandety lśniąc jak diament - jakże piękne i prawdziwe są te słowa Bogdana Olewicza do piosenki Niepokonani Perfectu. Swoją drogą, słowa temu zespołowi - skądinąd niesłusznie - wypominane od momentu wydania utworu w roku 1997. Tymczasem Perfect od tego czasu wciąż daje wciąż koncerty, a i pamięta o nowych albumach, które może furory wielkiej nie robią, ale wstydu grupie nie przynoszą. A swoją drogą, wraz z wydaniem DaDaDam jakoś głośniej słychać o niby-końcu.

Ciężko zejść ze sceny w dobrym momencie. Wyczuć ten moment najwyższego piku, największej górki, mieć świadomość, że dalej już tylko rutyna i odcinanie kuponów. Pogodzić się ze sobą, wrócić z Olimpu i codziennej ambrozji do szarej, zwyczajnej, niełatwej prozy codzienności. Poddać się, schować w cień, wbrew oczekiwaniom słuchaczy, a może i zgodnie z nimi, a wbrew oczekiwaniom swoim? Bo dla kogo to się robi? Może w końcu czas zrobić to dla siebie? Nie nagramy już przełomowego albumu, ale chcemy wciąż bawić się muzyką. Zamiast w największych halach będziemy grali po ciasnych klubach. Ale będziemy mieć z tego cholerną przyjemność. Nie chcesz, to po prostu nie słuchaj! Doradców i krytyków pełno, ale jeśli nie zaznasz w życiu tego uczucia, gdy stoisz na scenie, a przed Tobą morze oddanych Twojej muzyce wielbicieli, to nie wiesz o co tutaj chodzi. Gdy ludzie patrzą na Ciebie jak na Bóstwo, gdy Cię podziwiają, admirują. Czujesz tą jedność z innymi na koncercie jako widz? Tę wspólnotę, poczucie dzielenia pasji i emocji? Pomnóż to przez milion. A i tak będziesz daleko. Poznaj to, miej na wyciągnięcie ręki przez wiele lat. I nagle powiedz sobie - wystarczy.

Ileż dobrych decyzji, a potem smutnych, niepotrzebnych powrotów. Michael Jordan w koszulce Washington Wizards, Michael Schumacher w Mercedesie, Bjorn Borg przegrywający set za setem i mecz za meczem. Sport zna aż nadto przykładów niepotrzebnych powrotów, chwilowego, niepotrzebnego zniszczenia legendy. Dopiero z czasem te zbędne epizody zacierają się, a do pamięci powracają okresy najlepsze.

Ale my tu o muzyce. Nie ma co owijać w bawełnę. Legendy powoli się wykruszają, metryki nie da się oszukać. Dan McCafferty z Nazareth musiał odpuścić, Lemmy miał przymusową długą przerwę i Motorhead funkcjonuje w mocno zwolnionych obrotach, a lepiej nie będzie. Z Malcolmem Youngiem też nie jest dobrze - choć nie mamy oficjalnych informacji i należy uszanować tę decyzję - to jednak wszystko wskazuje na to, że do muzyki już nie powróci. Ani się człowiek obejrzał a tu młodziutki Zakk Wylde ma lat 47, Bruce Dickinson 56, James Hetfield 51, Jerry Cantrell 48, Jon Bon Jovi, Flea i Axl Rose 52... A na polskiej scenie Muniek Staszczyk, Robert Gawliński i Kazik Staszewski 51, Krzysztof Skiba 50? Aż strach zaglądać w metrykę tym, którzy grali już w latach 70. Albo w swoją.

Nadchodzi, nieubłaganie czas pożegnań weteranów z lat 70. Zespołów, które rozpalały zmysły wówczas zmysły. I ciężko jest odpuścić. Ze sceną pożegnać się nie mogą Scorpions, choć zapowiedzieli to już cztery lata temu, co najwyraźniej mocno irytuje Pana Michalaka z Interii, który twierdzi, iż zespół Scorpions przez kilka lat bezczelnie okłamywał fanów, by wyciągnąć od nich jak najwięcej pieniędzy. Nie lepiej i z Judas Priest, którzy również zapowiedzieli pożegnanie w 2010, a grają do dziś i przestać nie zamierzają. I w sumie ciężko im się dziwić. Pojechali się pożegnać, a tu - na każdym koncercie tłumy, entuzjastyczne przyjęcie, szał uniesień. I poczucie, że przecież jest jeszcze masa miejsc, gdzie na nas czekają. W obu przypadkach nie możemy już liczyć na spektakularne płyty z nowym materiałem, ale póki koncerty są świetne i ludzi przychodzi mnóstwo, komu to przeszkadza?

Podobnie jest i z Black Sabbath z Ozzym w składzie. Opera mydlana "czy nagrają płytę", która ciągnęła się od 1998 roku, szczęśliwie zakończyła się w roku ubiegłym albumem 13. Moim zdaniem przyzwoitym, a dla wielu doskonałym, wręcz wymarzonym. I ruszyli po raz kolejny w pożegnalną trasę. Byłem na koncercie w Pradze i - jak można wyczytać w mojej relacji - grupa imponowała formą, czuć było ogromną radość grania, chemię między muzykami, moc. Słuchać i oglądać ich, to była ogromna przyjemność. A przecież już dekadę temu Ozzy niemiłosiernie fałszował na koncertach, przecież na emeryturę przechodził już w pierwszej połowie lat 90., tuż po trasie No More Tours. Tymczasem jakby weszło w nich nowe życie, dali radę, spełnili oczekiwania z nawiązką. Pozostaną piękne wspomnienia. Ale czy nie będzie ciągu dalszego? Nie chcielibyście znów zobaczyć ich na żywo? Czy nie przedobrzą? Czy zakończą 13 i wspaniałą trasą czy zaryzykują. Mogą wówczas polec, a mogą zatriumfować? Co tu robić ? Ozzy nie spocznie, to jest pewne, jak nie z Sabbathami (co mu wyraźnie pasuje) to solo, Iommi jeśli zdrowie pozwoli również będzie nagrywał, najmniej entuzjastyczny pozostanie Geezer. No i może jednak da się z Billem? Oby nie było zaraz wersji Iommi, Ozzy i sekcja Ozzy solo band. Chciałbyś żeby odeszli w glorii. Ale nową płytą nie pogardzisz?

Brian May i Roger Taylor nie zważają na krytykę i kontynuują z Adamem Lambertem pod szyldem Queen+. Coś tam czasem własnym sumptem nagrają i wydają, ale stadionów z tym materiałem nie zapełnią. A co im z malkontentów, skoro widzów liczą w dziesiątkach tysięcy, a magia ich utworów wciąż działa, nawet bez Freddiego na scenie. Nie mieliśmy szans zobaczyć na scenie Freddiego, zobaczmy chociaż Maya i Taylora w tym repertuarze. Scott Gorham spróbował w 2000 z One Night Only, ale ugiął się pod presją fanów Thin Lizzy i mamy Black Star Riders. Niby lepiej, ale to jednak nie ta skala co Queen.

Jimmy Page nie może się pogodzić, że Robert Plant nie pozwala na wskrzeszenie Zeppelinów. I owszem, może sobie pograć dla przyjemności, jakieś nowe płyty solowe, z kumplami z dawnych lat, ale on chce znów grać TE utwory na scenie. Być bożyszczem tłumów, przypomnieć wszystkim KTO te riffy tworzył.

Ogromny szacunek i podziw dla tych, którzy mieli odwagę odejść u swego szczytu i dotrzymać obietnicy. Nie dali się skusić milionom, pozostali twardzi, odeszli po pięknej karierze, nie rozmienili się na dobre. A teraz proszę, wymieńcie takich.