Encyklopedia Rocka

Burke nie szanował swoich fanów - rozmowa z Simonem Leesem

O angielskim gitarzyście, Simonie Leesie, większość fanów rocka usłyszała, gdy w 2003 dołączył do Budgie, gdzie grał do roku 2007 i z którymi nagrał album You're All Living in Cuckooland. I właśnie jakiś czas po koncercie Budgie w Warszawie, w roku 2004 miałem okazję pierwszy raz zamienić z nim parę słów, będąc pełnym podziwu dla jego gry. Okazał się bardzo miłym człowiekiem i zajmującym rozmówcą.

Jak wyglądały kulisy jego współpracy z zespołem, czym zajmuje się Lees 11 lat później od wspomnianego koncertu? O tym przeczytacie w poniższym wywiadzie.

rockers.com.pl: Ponad dekadę temu dołączyłeś do legendarnego Budgie. Jak do tego doszło, że to ty zostałeś wybrany na ich nowego gitarzystę?

Simon Lees: Mój poprzednik, Andy Hart, polecił mnie Budgie, kiedy odszedł z zespołu po koncercie w Swansea w lutym 2003 roku, miesiąc przed dwoma zaplanowanymi występami w USA, a były to: występ na Metal Meltdown w New Jersey oraz w klubie Jaxx, nieopodal Waszyngtonu. Andy dowiedział sie o mnie przez magazyn "Guitarist", którego konkurs "Gitarzysta Roku" wygrałem w 1998 roku, a w którym startowałem również w latach 1993 - 95. Zatem, był luty 2003.

Prowadziłem lekcję nauki gry na gitarze basowej, kiedy zadzwonił telefon. To był Paul Cox, manager Budgie, który zaprosił mnie na przesłuchanie. Mój uczeń był pod wielkim wrażeniem! Jednak nie mogłem pojechać od razu, ponieważ obiecałem żonie w prezencie urodzinowym krótki wypad do Oslo. Zespołowi nie było to na rękę, ze względu na krótki czas przygotowań do nadchodzących koncertów w USA. Nie mogłem jednak zawieść żony i pojechaliśmy do Oslo. Pół godziny po powrocie do domu otrzymałem kolejny telefon od Paula Cox’a, który desperacko prosił mnie bym przyjechał na przesłuchanie.

Tak więc następną środę spędziłem podróżując prawie 200 kilometrów do studia nagrań w Cardiff. Po krótkiej improwizacji otrzymałem ofertę pracy w Budgie. W sobotę Paul Cox przyniósł mi kilka swoich egzemplarzy płyt zespołu, żebym lepiej przyjrzał się ich stylowi. Piosenki Budgie nie są najbardziej skomplikowanymi technicznie utworami, jakie miałem okazje grać, jednakże struktura kilku z nich, takich jak Panzer Division Destroyed czy Napoleon Bona Part 1 & 2 jest dość niezwykła i są one trudne do zapamiętania w sytuacji, gdy nie jest się fanem grup! W niedziele studiowałem piosenki w moim domu, a w poniedziałki jechałem do Cardiff, aby Burke Shelley mógł wprowadzić mnie w najdrobniejsze niuanse swoich oczekiwań co do tego, jak mam je grać.

Po kilku dniach prób Burke zdecydował o... odwołaniu koncertów w USA ze względu na zbyt małą ilość czasu do załatwienia wizy biznesowej. Biorąc pod uwagę fakt, jak wiele nauczyłem się w tak krótkim czasie, nie byłem z tego powodu zadowolony. To było moje wprowadzenie do, jak się później miało okazać, chaotycznego załatwiania spraw w zespole.

R: Brałeś udział w nagraniu jedynego jak do tej pory album Budgie od 1982 roku. Całość jednak znacznie odbiega stylistycznie od tego, co zespół prezentował w latach największej świetności. Czy to przypadek czy celowe działanie Shelleya, żeby nie cofać się do przeszłości i zrobić coś innego, świeższego?
 
SL: Album You're All Living In Cuckooland brzmiał tak z kilku powodów. Głównym z nim był fakt, że Burke chciał wyprodukować album w swoim własnym studio. Nie jest człowiekiem, który lubi oddawać komuś kontrolę nad tym, jak jego muzyka ma być produkowana. Problemem jednak było to, że miał jedynie podstawowe pojęcie jak używać swojego sprzętu nagrywającego. Nie był również zainteresowany nauką nowych technicznych aspektów inżynierii dźwięku. Jednym z przykładów jego technicznych ograniczeń jest to, że wszystkie piosenki mają podobne tempo, a to ze względu na fakt, że w programie Cubase, którego używa do obróbki dźwięku, tempo wynosi... 120 uderzeń na minutę.

Na samym początku procesu nagrywania zakupiłem nowy multiefekt w celu ulepszenia efektu brzmienia mojej gitary. Burke chciał żebym używał tego panelu, żeby znaleźć nowe gitarowe brzmienia. Miały one sprawić, że album będzie nowoczesny i ekscytujący brzmieniowo. Jest on bardzo kreatywnym muzykiem, który chciał wyprodukować album pokazujący światu, że nie tkwi w przeszłości.

Fajnie było poeksperymentować, ale rozumiem, jeżeli niektórzy fani Budgie byli zawiedzeni rezultatami. Ja sam byłem zawiedziony moją grą na tym albumie. Głownie dlatego, że pochodzi ona nie z samej sesji, a z surowych i nieprzećwiczonych nagrań demo. Nawet jeżeli nagrałem ponownie wiele partii w studio, które w pierwotnych wersjach uznałem za słabe, Burke ich nie używał. Wolał użyć tych wspomnianych wstępnych nagrań demo, twierdząc, że są one bardziej "magiczne", niż te, które nagrałem docelowo. Piosenką, w którą miałem największy wkład była Falling. Podczas pisania riffów do You’re All Living In Cuckooland, próbowałem wprowadzić pomysły, które odzwierciedlałyby z jednej strony bluesowy styl Budgie, a z drugiej chciałem pokazać, że lubię też czasem przemycić trochę funky do rockowych rytmów i z tego powodu uważam, że moja gra w Falling najlepiej to pokazuje. Piosenki akustyczne były napisane osobiście przez Burke. Muszę powiedzieć, że pomimo jego braku znajomości inżynierii muzycznej, odwalił kawał dobrej roboty przy produkcji numeru tytułowego . Wiele innych piosenek pochodzi z długich jam sessions, nad którymi ja i Burke spędziliśmy dużo czasu w jego studio. Wiele się od niego nauczyłem jeśli chodzi o pisanie utworów i od tamtej pory sam używam niektórych jego technik, kiedy piszę swój własny materiał. Steve nagrał perkusję używając elektronicznego Rolanda, który należał do Burke'a, zmiksowanego z prawdziwymi talerzami. Musiał nagrać swoją perkusję zaraz po gitarze basowej i wokalem, co jest szalone i ekstremalnie trudne do wykonania. Co więcej, Burke nie wiedział jak puścić Steve'owi czysty mix piosenek przez słuchawki, więc Steve musiał grać przez cały czas do każdego jednego fragmentu, który nagrywaliśmy, włączając w to nieudane próby! Do dzisiaj nie wiem jak udało mu się to zrobić i jednocześnie zabrzmieć w rezultacie końcowym tak świetnie!

R: Budgie paradoksalnie mimo swojej legendy i wpływu na bardzo wielu artystów, pozostawało zawsze w cieniu. Jaki według Ciebie główny powód tej sytuacji? Czy miało to też jakiś związek z tym, że po zaledwie trzech latach znakomitych koncertów i jednego premierowego albumu odszedłeś z zespołu?

SL: Odszedłem z Budgie po 4 latach i 115 koncertach, 4 lipca 2007 roku. Zostałem dłużej, niż mój poprzednik Andy Hart, który dał radę mniej niż rok. Odszedłem z wielu powodów. Gdyby patrzeć na większość z nich oddzielnie, byłoby to pewnie zbyt mało, żeby podjąć taką decyzję, ale wszystkie zebrane razem mogą dać obraz mojej decyzji. Zostałem tak długo, jak to było możliwe. Wspominałem już o odwołanych koncertach w USA. Musiałem odwołać moje koncerty w Man Man Rock, żeby zagrać z Budgie i tylko przez niesamowite szczęście udało mi się to później odkręcić w krótkim czasie.

Podczas mojej współpracy z zespołem, oczekiwano ode mnie, bym postawił go ponad wszystko inne w moim życiu. Nie płacono mi pensji, więc przez okres 9 miesięcy kiedy grupa nie pracowała, musiałem sam zarabiać na życie. Przez pozostałe trzy miesiące otrzymywałem część pieniędzy zarobionych na koncertach. A wtedy zarobiłem mniej więcej tyle, ile zarobiłbym ucząc i grając w moim One Man Rock Show. Podczas trasy koncertowej po wielkiej Brytanii w 2004 roku zarobiłem nawet mniej! Jedynie okazjonalne koncerty, które graliśmy poza Wielką Brytanią, były znacząco więcej płatne, jednak w ciągu czterech lat zagraliśmy takich tylko 19. Tak więc finansowo nie było żadnej korzyści z bycia w zespole. Jedynym powodem, dla którego można byłoby zostać, była dobra zabawa. Przez większość czasu naprawdę dobrze bawiłem się na koncertach. Mogłem grać na gitarze, tak jak chciałem i w pełni wyrażać siebie na scenie, co uwielbiałem robić. Fani, którzy przychodzili nas obejrzeć, byli wspaniali. Uwielbiałem patrzeć, jak te same twarze pojawiają się na różnych koncertach. Bardzo dobrze dogadywałem się z Burke, a także ze Stevem, z którym lubiłem dzielić mój hotelowy pokój. Po większości występów urządzaliśmy sobie pogawędki pryz butelce czerwonego wina.

Pomiędzy koncertami w Wielkiej Brytanii, podróżowałem z Paulem Coxem i Stevem starym Fordem Mondeo Paula. Burke podróżował z obsługą vanem. Przez setki tych nieszczęsnych mil Paul i Steve mogli ciągle narzekać, jak mało efektywny jest Burke i jak nie pozwala zespołowi się rozwijać. To stało się naprawdę depresyjne. Burke to naprawdę fantastyczna postać. Jest bardzo zabawny, uwielbia opowiadać wspaniałe historie i jest naprawdę świetny w naśladowaniu głosów ludzi, których spotkał. Jest również wspaniałym muzykiem i autorem piosenek. Pomimo tego, że jest 20 lat starszy ode mnie, jest naprawdę energicznym artystą i kiedy był na szczycie, mógł wyprzedzić niejednego rockowego wokalistę. Jest również fantastycznym basistą. Z drugiej strony, Burke mógł wydawać się człowiekiem trudnym do współpracy, ponieważ nie przyjmował sugestii i pomysłów o prowadzeniu zespołu do przodu. Stare powiedzenie "po mojemu, albo wcale" całkiem nieźle do niego pasuje. Musiał mieć absolutną kontrolę nad wszystkim, co związane było z Budgie. Ta silna potrzeba kontroli wszystkiego osobiście nie przynosiła wcale spodziewanych efektów. Była także prawdopodobnie najważniejszym powodem, dlaczego zespół osiągnął o wiele mniej niż zespoły, które zainspirował.

Burke wymagał ode mnie, że w każdej chwili przyjadę do Cardiff, żeby ćwiczyć i nagrywać. Jak już wspominałem to było prawie 400km podróży w obie strony i wymagało odwołania lekcji gitary, które prowadziłem. Pewnego razu, kiedy pojechałem do jego domu, nawet się jeszcze nie obudził, a była godzina 12:30! Innym razem był w Budapeszcie, gdzie leczył się u stomatologa! Zadzwonił kilka minut przed tym, jak miałem wychodzić z domu. Takie przykłady pokazywały, jak bardzo Burke nie liczył się z moim wysiłkiem i poświęconym czasem. Jednak największym moim problemem dotyczącym Budgie był manager, Paul Cox. Jeżeli ktoś jest podły dla wszystkich dookoła, możesz powiedzieć "po prostu taki jest" i tak długo, jak wykonuje swoją pracę, możesz to tolerować. Paul Cox zawsze traktował Burke i Steve'a z najwyższym szacunkiem, jednocześnie mnie uważając za gówno. Najlepszym przykładem z wielu jest to, że Paul zazwyczaj oczekiwał ode mnie, że dojadę do jego domu (20 minut drogi w dobrym korku), gdzie przesiądę się do jego samochodu, zostawiając swój na kilka dni pod jego domem. Zacząłem więc brać taksówkę żeby do niego pojechać. Kiedy zapytałem Paula o pieniądze na dojazdy, wpadł we wściekłość! Było to podczas naszego tournee po Wielkiej Brytanii w 2005 roku. Pod koniec tego tournee byłem bardzo blisko opuszczenia zespołu, ale najwięksi fani Budgie, Chris i Tony wyperswadowali mi to. Zastanawiam się, czy mój następca, Craig Goldy z Dio miał problemy pytając o zwrot kosztów lotów z Kalifornii do Cardiff. Nie sądzę...

Również podczas trasy w 2005, Steve zaczął odczuwać niedogodności związane z podróżowaniem vanem z Burke i obsługą. Paul zaoferował mu, że będzie po niego przyjeżdżał pod dom oddalony o 90 mil, żeby mógł podróżować bardziej wygodnym Fordem Mondeo! Kiedy graliśmy na Camden Underworld show podczas koncertów w 2006 roku musiałem wyjechać z domu 0 7:30 rano zamiast o 13:30 po południu. Wszystko po to, żeby Steve mógł wygodniej podróżować. Kolejnym przykładem tego, że Paul traktował mnie inaczej była sytuacja, kiedy ukazywały się reedycje kilku pierwszych albumów Budgie. Kiedy przyjechały pudła z płytami, Paul dał na moich oczach naszym przedstawicielom handlowym całe zestawy tychże płyt. Ja swoje dostałem dopiero kilka tygodni później, kiedy sam się o nie upomniałem. Byłem również bardzo zniesmaczony kwotami, jakie członkowie zespołu otrzymują za każdą sprzedaną płytę. Jeżeli mój zespół, Anubis sprzedał płytę za 10 funtów, dostajemy po 2.50 za każdą (jest nas 4 w zespole). Nie chcecie wiedzieć ile dostawałem za każdą sprzedaną płytę You're Living In Cuckooland. Nie wiem, jaki był układ pmiędzy Burke i Paulem, dlatego też nie mogę podać bliższych przykładów. Kiedy zapytałem Paula, czemu Burke, Steve i ja nie dostajemy więcej, odparł: dostajecie więcej niż Paul McCartney... Noteworthy Records jest prowadzone jedynie przez Paula Coxa i ma swoją siedzibę w domu jego rodziców. Idźmy dalej, zawsze miło jest dostawać komplementy po koncercie. Po Fleece and Firkin w Bristolu podszedł do mnie młody chłopak i powiedział: jesteś legendą! Paul wziął tego chłopaka za rękę, odwrócił go twarzą do Burke i powiedział: nie, to ON jest legendą. Kiedy Steve nie był z czegoś zadowolony, a tak było często, oczekiwał, że problem zostanie rozwiązany i Paul zawsze mu w tym pomoże. Kiedy ja miałem problem to mówił mi, że jestem tylko grajkiem banjo i żebym dał z tym spokój.

Chciałbym powiedzieć, że większość powodów mojego odejścia z Budgie zachowałem dla siebie, ponieważ nie chciałbym zniechęcać lub być oskarżonym o zniechęcanie kogokolwiek do objęcia pozycji gitarzysty w zespole. Było wiele innych problemów, które sprawiały że bycie członkiem tej grupy nie było tak przyjemne, jak być powinno. Burke uważał, że nikt nie powinien widzieć, jak rozkładamy swój własny sprzęt przed koncertem, ponieważ może to być źle postrzegane. Aczkolwiek nie mieliśmy żadnej ekipy poza naszym kierowcą, który tak naprawdę nie był ani wykwalifikowany, ani dostatecznie opłacany, by być odpowiedzialnym za nasze rzeczy. Ponieważ Burke był zbyt wielką "gwiazdą rocka", by sprawdzić wzmacniacze pomiędzy suportem a naszym występem, często zaczynaliśmy grać bez rasowych dźwięków, po czym następowała krępująca pauza zanim Burke wszystko poukładał. Wtedy wznawialiśmy występ. Wszystko to sprawiało, że wychodziliśmy na amatorów. Podczas dwóch koncertów w trasie po Wielkiej Brytanii w 2005 roku Burke zerwał strunę w swojej gitarze basowej i zamiast użyć zapasowej gitary, poszedł do garderoby zakładać nowe struny. Podczas koncertu! Podczas jednego z numerów w Sussex koło Hastings, zerwał dwie struny. Pierwszą zmienił na starą, którą wcześniej wyrzucił, co spowodowała, że natychmiast pękła! To oznaczało dwa razy dłuższą przerwę w występie. Pierwszą wypełniłem improwizowanym solo, które może zobaczyć na moim kanale na YouTube. Kiedy sytuacja powtórzyła się po raz kolejny, razem ze Stevem zeszliśmy ze sceny, zostawiając widownię w konsternacji. Według mnie, jest to najlepszy przykład jak bardzo Burke nie szanował swoich fanów – wielu z nich przejechało długą trasę, zabukowało hotele i zapłaciło niezłe pieniądze, żeby przyjść i zobaczyć nasz występ.

R: Dlaczego później nie pojawiłeś się już w składach innych, podobnych grup? Czyżby nikt nie docenił twoich znakomitych technicznych umiejętności?

SL: Wkrótce po tym, kiedy odszedłem z zespołu, Paul udzielił wywiadu znanemu rockowemu dziennikarzowi Dave'owi Ling dla Classic Rock Magazine i powiedział mu, że odszedłem z Budgie dzień przed australijską trasą. Tak naprawdę było to pełne trzy miesiące do jej rozpoczęcia. Z rozmowy z Paulem dowiedziałem się, że kontrakt zawiera klauzulę o zerwaniu go nie później niż na 90 dni z wyprzedzeniem. W tamtym momencie potwierdzone były tylko 3 koncerty. Podejrzewałem, że jak wiele innych włączając w to wielki festiwal na Litwie i nawet na Kremlu w Moskwie, ta trasa również zostanie odwołana zostawiając mnie z niczym. Dave opisał w wywiadzie całą historię, co postawiło mnie w naprawdę złym świetle. Zrobiono ze mnie człowieka, na którym nie można polegać. To może być głównym powodem tego, że nie otrzymywałem ofert pracy od innych zespołów.
 
R: Byłeś z Budgie w Polsce w 2004 i 2007 roku. Jak podobało ci się w naszym kraju? 

SL: Jedne z najlepszych moich wspomnień z grania w Budgie pochodzą z czasów kiedy graliśmy w Polsce. W marcu 2004 roku graliśmy w warszawskim klubie Stodoła i w Hali Wisły w Krakowie. W maju 2004 otwieraliśmy festiwal w Lublinie z okazji przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Moje ostatnie 3 koncerty z Budgie również odbyły się w Polsce. W kwietniu 2007 roku, kiedy graliśmy w Poznaniu (klub Eskulap), następnie w Warszawie (Progresja) oraz w mniejszym klubie w Krakowie. Są to wspaniałe wspomnienia, ze względu na niesamowity entuzjazm polskiej publiczności. Pamiętam pewnych gości, którzy przyszli spotkać się z nami do hotelu Jan III Sobieski, w którym się zatrzymaliśmy, grając nasz pierwszy występ w Warszawie. Jeden z nich miał wielkie wąsy i zawsze próbowałem go wypatrzeć na widowni. Wydaje mi się, że zawsze się uśmiechał, ale jego wąsy były tak ogromne, że trudno powiedzieć (śmiech). Mili goście. Polskie występy zawsze były dobrze wypromowane i dobrze zorganizowane. Widziałem wielkie plakaty ogłaszające nasze koncerty wiszące wokół miast, w których graliśmy. To było miłe uczucie, i sprawiało że czułem się częścią czegoś wielkiego. Prawdziwym kontrastem okazał się być koncert w Scarborough w wielkiej Brytanii, gdzie graliśmy dla 12 osób!

Jedną z najlepszych rzeczy w polskich koncertach było używanie wzmacniaczy warszawskiej firmy o nazwie Soundman. Były one brutalnie głośne i miały naprawdę potężny, czysty dźwięk. Dzięki tym wzmacniaczom mogłem z łatwością wydobyć z nich perfekcyjne brzmienie. W Wielkiej Brytanii zawsze używałem Marshalla, ponieważ ta legendarna brytyjska firma zapewniała mi sprzęt. Będąc w Polsce zawsze używałem polskich wzmacniaczy Soundman, ponieważ brzmiały niesamowicie!. Miałem wtedy okazję spotkać się z muzykami Riverside. Po naszym występie w Progresji zrobiliśmy sobie małą sesję w studio nagrań Riverside, które znajdowało się za sceną klubu. Mogłem zagrać na ich perkusji, co niezmiernie mi się podobało. Tej nocy odkryłem również polską wiśniową wódkę, którą naprawdę zbyt łatwo się piło! Następnego dnia perkusista Riverside, Piotr "Mittloff" Kozieradzki uprzejmie odwiózł nas do Krakowa, gdzie razem mieliśmy zagrać nasz finałowy koncert. Z gigantycznym kacem, podróż zdawała się ciągnąć w nieskończoność! Dzień po moim finałowym występie z Budgie mieliśmy całe popołudnie na zwiedzenie Krakowa. Razem ze Steviem i naszym kierowcą Glynnem przejechaliśmy się bryczką. Poszliśmy na długi spacer dookoła centrum, który zakończyliśmy w barze na głównym placu. Słońce mocno świeciło, a stare miasto wyglądało pięknie. Tak więc, Polska na pewno będzie miała zawsze miejsce w moim sercu.
 
R: Wydałeś niedawno trzeci solowy album. Co możesz o nim powiedzieć? 

SL: Wydałem mój trzeci solowy studyjny album Human Guitar w kwietniu 2014 roku. Jest to mój pierwszy w stu procentach instrumentalny album, w którym większość ścieżek stanowią proste piosenki, gdzie gitara gra jakby linię wokalną. Jestem z niego naprawdę dumny. Cała moja najlepsza praca tam jest i całość brzmi naprawdę dobrze. Ogólne wrażenie jest takie, że jest to klasyczny, melodyjny rock-metal z szybką grą z elementami shreddingu, ciężkich i chwytnych melodii oraz momentami nawet funky. Fragementów albumu można posłuchać i kupić go w sklepie guitartuition.co.uk
 
R: W 2007 roku założyłeś grupę Anubis, z którą wydałeś kilka albumów. Czy to jest wreszcie odnaleziony przez Ciebie kierunek muzyczny? 

SL: Mój kierunek muzyczny zawsze był podobny, niezależnie od tego w którym zespole grałem. Jeżeli chodzi o Anubis, pomysł był taki, żeby dobrze się bawić pisząc materiał, który będzie dla nas zarówno zabawny, jak i dający wiele satysfakcji z grania. Jednakże, zawsze braliśmy koncertowanie na poważnie, ale sam materiał już nie jest sam w sobie taki poważny. Jedna z piosenek, Are We There Yet? jest o chłopaku, który boi się wesołych miasteczek, ale jego rodzice i tak go tam zabierają. Inna piosenka, Little Picture jest o kobiecie, która jest niesamowicie dumna ze swojego domu. Kobieta widzi złe wiadomości docierające z mediów ale nie obchodzi jej to, ponieważ jej zmartwieniem jest pojawienie się mrówek w domu!

Nazwa zespołu wzięła się od egipskiego bóstwa. W Egipcie spędziłem wakacje siedem razy i chciałem napisać piosenkę, która opisywała by moje doświadczenia stamtąd. Rezultatem był Magic Carpet. Muzyka ma swoje mroczne strony i niektóre riffy są bardzo ciężkie. Ja i Simon Haycock używaliśmy siedmiostrunowych gitar do pewnych numerów, żeby stworzyć naprawdę głęboki, ciężki dźwięk i mocne metalowe brzmienie. W ostatnim czasie Anubis miał kilka problemów, głównie ze względu na stratę Sary Coburn, naszej wokalistki oraz ze względu na problemy ze zdrowiem naszego basisty Pete'a Williamsona, ale mamy zarezerwowane kilka terminów na 2016 rok oraz mam nadzieję, że uda nam się wydać w niedalekiej przyszłości nasz trzeci album
 
R: Od lat 80 udzielasz lekcji gry na gitarze. Czy dostęp do niezliczonej ilości sprzętu muzycznego, Internetu, komputerów, które w prosty sposób można zamienić we własne domowe studio ma wpływ na młodych ludzi, którzy uczą się grać na gitarze? 

SL: Tak, uczę gry na gitarze od 1988 roku. W dzisiejszych czasach nie jest to łatwy biznes, z którego można się utrzymać, ze względu na dużą konkurencję. Jest wielu ludzi, który uczą grać na gitarze, a mniej tych, których stać na zapłacenie za jakość lekcji gry na gitarze. To naprawdę świetnie spędzony czas, kiedy uczy się grać na gitarze. W dzisiejszych czasach jest tyle informacji dostępnych online, że każdy może się wiele nauczyć sam, inaczej niż kilka lat temu. Mój ojciec był nauczycielem w technikum i był bardzo, bardzo dobry w tłumaczeniu różnych rzeczy. Jeśli nie rozumiałem o czym mówił, zawsze znalazł sposób by mi to wytłumaczyć i robił to dopóki zrozumiałem. Był bardzo cierpliwym nauczycielem i staram się mieć takie samo podejście, kiedy sam uczę ludzi. Więc dla mnie nauczanie to taki rodzinny biznes! Naprawdę lubię pomagać ludziom w zrozumieniu gitary, muzyki w ogóle oraz fizycznych aspektów technik gitarowych by mieli wiedzę i umiejętności aby wyrazić siebie poprzez gitarę w taki sposób, jaki tylko chcą. Nauczanie czasem pomaga mi ponownie ocenić umiejętności mojej gry na gitarze i muszę często znajdować sposoby by poprawić moje własne granie poprzez uczenie innych.

Tłumaczenie: Aleksandra Tkaczyk