Encyklopedia Rocka

Papka z talentów w rockowym sosie

Przy okazji prezentowania telewizyjnych ramówek A.D. 2014 niezmiernie zdziwiła mnie obecność i wciąż - sądząc po sposobie promocji - niezwykle silna pozycja programów muzycznych typu talent-show. Nie, nie dziwi mnie wcale skąd w naszym, wszakże wciąż gęsto zaludnionym, kraju tylu śpiewaków. Jak się bowiem okazuje po programach owych krąży spore grono tych samych niespełnionych talentów. Tu odpadną w eliminacjach, tam w ćwierćfinale, potem dwa lata ćwiczeń i triumfalny powrót i awans do finału. I dopiero wtedy okazuje się, że w sumie to człek owy (a co, po genderowemu, chyba że gatunek też już sobie wybieramy po 18tce?) nie wziął się znikąd, a szlaki w telewizji przeciera od 10 lat, zaczynając swój triumfalny pochód w "Od przedszkola do Opola". Albo nagle okazuje się, że ten zachwycający swym operowym talentem brylant, to niespełniony, szary chórzysta z trzeciego rzędu małomiejskiej filharmonii, który, owszem, dzięki odpowiedniej programowej produkcji i rzewnej historii życia jest w stanie chwilowo olśnić laików, ale przy profesjonalnej ocenie okazuje się, że braki techniczne i luki w muzycznym wykształceniu całkowicie go dyskwalifikują...

To, co mnie dziwi, to fakt, że ludzie wciąż chcą te programy oglądać, że im się jeszcze nie znudziły. Szczególnie, że wraz z kolejnymi edycjami programów ma się wrażenie, że jury brane jest z łapanki. Że usilnie lansowani na muzyczne alfy i omegi celebryciątka, to często beztalencia, mający na swoim koncie równie wiele hitów i muzycznych osiągnięć, jak uczestnicy, od których coraz trudniej ich odróżnić.

Rzadko te "szoł" oglądam, bo po prostu nie znoszę sposobu ich realizacji. Może, to kwestia pokoleniowa, ale wizualno-muzyczna papka sącząca się z ekranu nie na moje gusta. Ciężko ścierpieć tandetne product-placement, mizdrzących się, na siłę wrzucanych gdzie się tylko da prowadzących, tony rzewnych filmików o uczestnikach (im cięższa historia życia tym lepiej), pewne siebie, będące w doskonałym samopoczuciu jury i wypociny niedoszłych gwiazd, którzy często niebezpiecznie szybko ulegają złudzeniu zdobycia muzycznych szczytów, z których czeka ich później bolesny upadek...

Oj, programy te to wdzięczny temat do różnego rodzaju socjologicznych analiz. Tytułem przydługawego wstępu tylko wierzchołek góry lodowej, garść uogólnień i uproszczeń, bo tak naprawdę to chciałem opisać kilka obserwacji o rockowym zabarwieniu.

Jury. Szlak przetarł Nergal, który siadając na jurorskim fotelu trafił z muzycznego podziemia do krainy celebrytów... Jego jurorowanie wywołało przede wszystkim ostre dyskusje światopoglądowe. Bo oto okazało się, że ktoś jawnie określający siebie jako satanistę może być normalnym, kulturalnie i sensownie wypowiadającym się człowiekiem o szerokich horyzontach. Zło zawsze sprzedawało się świetnie i pewnie producenci byli rozczarowani, że Nergal przyjął pozę dość oszczędnego spokojnego recenzenta, niespecjalnie prezentując swoje poglądy. Z tych samych powodów drżeli konserwatyści, protestując przeciwko promowaniu człowieka (człowieka, nie jego twórczości), jawnie stawiającego się po stronie ciemności (??!). I potem już poszło. Kolejny program ubarwiał Polski Lemmy, archetyp rockandrollowca - Titus, w jeszcze innym zasiada Kora, a ostatnio i Marek Piekarczyk. Nie chce w żaden sposób oceniać ich decyzji, doszukiwać się ich powodów, w jakikolwiek sposób krytykować. Są wolnymi ludźmi, mają prawo robić, co im się podoba. Czuję jednak jakiś wewnętrzny smutek, gdy widzę, że Ci jakże znakomici przecież artyści, ikony polskiej rockowej sceny, głoszą wyświechtane formułki zapisane w scenariuszu i "dziękują za ten wspaniały, poruszający wykon".

Muzyka. Zjawisko numer jeden. Niegrzeczni chłopcy wciąż świetnie się sprzedają, tak jak i niegrzeczne piosenki. Jakże fajnie puścić Highway To Hell i zrobić pseudorozpierduchę wedle rockowych stereotypów. Skąpo odziane tancerki, gitarzysta z pikną klatą na widoku, diabelskie różki, rockowe pozy plastikowych prowadzących. Tylko trzeba brzmienie gitary odpowiednio ugrzecznić. Oh, yeah! Dobrze sprzedają się wciąż chłopaki z gitarami. Jury pieje więc z zachwytu nad kiepsko grającą kapelą, bo wokalista co nieco pogrowlował, albo chwali walory kompozycji, będącej tak naprawdę nieudolnym coverem. Jest i miejsce dla tych fruwających paluchami po gryfie z szybkością światła i efektem ryby, która wpadła do pudła rezonansowego i macha po strunach ogonem. I już młodzieniec ów słyszy, że wirtuozem jest, podczas gdy chyba wstępu do Holy Wars Megadeth nie zagrałby nawet w Guitar Hero. Zjawisko, numer dwa. Jakże popularni są Kings Of Leon, można doprawdy doskonale zapoznać się z tak zwanym rockiem radiowym, czy tam rockiem środka i posłuchać co kręci współczesnych nastolatków, albo, inaczej, co jest na topie.

Uczestnicy. Zjawisko numer jeden. Na scenę wchodzi zespół, w którego składzie widzę profesjonalnych muzyków, w tym Jacka Perkowskiego, kompozytora wielu znakomitych numerów T.Love. Czy liczył na trafne podpowiedzi jury, może w zakresie komponowania? Albo widzę zespół złożony z członków jednego z kabaretów. Tak - trochę osób te programy ogląda, tak wygląda współczesna droga promocji dla nowych zespołów... Zjawisko numer dwa. Dosyć częste. Na scenie ostro łojący rockowy skład, wytatuowani, groźni goście. A po ich występie słodkie wywiady z ich rodzicami, dziewczynami, zza kulisowe całusy, frazes goni frazes. Zresztą - rodzice za kurtyną - to dobrze sprzedający się tam temat. Kiedyś jeździli do Jarocina, dziś kibicują swoim pociechom zza kulis, licząc na spełnienie swoich własnych niedoszłych mrzonek... I znów, coś zgrzyta, gdy porównamy tych scenicznie, sztucznie uniegrzecznionych chłopaków z tym, co na scenie wyczyniali kiedyś w Jarocinie ich rówieśnicy. Ciekawe zjawisko...

I w sumie tyle tych luźnych obserwacji, spostrzeżeń. Mamy kolejne dowody na to, że czasy buntowniczego, kontestatorskiego, rebelianckiego, niegrzecznego, zaangażowanego rocka powoli odchodzą do lamusa? Kultura rockowa, jej historia, etos są coraz bardziej wchłaniane i przetwarzane przez machinę wszechobecnej komercyjnej papki, doskonale potrafiącej wykorzystać jej ikonografię i archetypy i przetworzyć to wszystko w formy atrakcyjne dla przeciętnego zjadacza chleba, umożliwiające sprzedać więcej i więcej. Wszak fajnie poczuć w sobie buntownika, trochę poskakać przed TV. Jest tak?