Encyklopedia Rocka

UFO, Judas Priest, Ergo Arena, Gdańsk/Sopot, 10.12.2015 r.

Kto: Scream Maker, UFO, Judas Priest
Gdzie: Ergo Arena, Gdańsk/Sopot
Kiedy: 10.12.2015 r.

UFO:
1. Mother Mary
2. Run Boy Run
3. Lights Out
4. Venus
5. Burn Your House Down
6. Only You Can Rock Me
7. Let It Roll
8. Messiah of Love
9. Rock Bottom
10. Doctor Doctor

JUDAS PRIEST:
1. Dragonaut
2. Metal Gods
3. Desert Plains
4. Victim of Changes
5. Halls of Valhalla
6. The Rage
7. Turbo Lover
8. Redeemer of Souls
9. Beyond the Realms of Death
10. Screaming for Vengeance
11. Breaking the Law
12. Hell Bent for Leather

Bisy:
13. Electric Eye
14. You've Got Another Thing Comin'
15. Painkiller
16. Living After Midnight

Owszem, docierały do mnie wieści o rzekomo słabej sprzedaży biletów, ale kiedy dotarłem pod Ergo Arenę jakieś 20 minut przed występem zaczynającego imprezę Scream Maker, byłem w szoku. Totalne pustki przed wejściem na halę, zerowe kolejki do szatni, w hali łyse trybuny, a w Golden Circle garstka ludzi z kubkami z piwem. A propos - zaszalano z cenami - piwo 0.4 l z kija po 10 zł, oficjalne koszulki dwóch gwiazd wieczoru - 150 zł... Frekwencja do czasu pojawienia się głównej gwiazdy wieczoru mocno się poprawiła (UFO grało wciąż dla małej grupy), ale poza Golden Circle było doprawdy słabo. Ktoś chyba przecenił polską bazę fanów Judas Priest i jej możliwości finansowe, wszak jeszcze w czerwcu tego roku grupa grała w Łodzi w ramach tej samej trasy. Ciekawe jaki będzie tego wszystkiego efekt, może w końcu ekipa livenation opamięta się z cennikami?

Zależało mi na tym, żeby zdążyć na występ Scream Maker. Kibicuję chłopakom odkąd widziałem ich w Szczecinie w 2012 roku, wówczas ledwie dwudziestominutowym występem porwali i mocno zapadli mi w pamięć, szczególnie znakomitym Wanna Be A Star (do którego możecie obejrzeć zabawny klip. Tym razem tego utworu w repertuarze zabrakło (szkoda, chłopaki grajcie to!!), zespół skupił się na swojej debiutanckiej płycie, Livin' In The Past, która mnie osobiście rozczarowała, liczyłem bowiem na prawdziwy strzał, heavymetalowe objawienie, a nie przeciętniactwo z przebłyskami. Od wspomnianego występu w grupie zaszły też zmiany w składzie, ale dwie największe osobowości pozostały - polski Halford, Sebastian Stodolak na wokalu - i świetnie grający na gitarze Michał Wrona, któremu ekipa techniczna przygotowała smutną niespodziankę zostawiając kabel od gitary w formie węzła gordyjskiego, przez co muzyk nie miał za bardzo możliwości poruszać się po scenie... Nie przeszkodziło to jednak jemu i kolegom dobrze rozgrzać garstkę publiczności - szybko zdobywając jej serca, co nie dziwi, bowiem muzyka zespołu idealnie wpasowało się w zestaw gwiazd wieczoru, a słuchając co chwila wchodzącego w wysokie rejestry Stodolaka, człowiek rozmyślał o tym, co pokaże za chwilę mający ponad dwa razy więcej lat Rob Halford... Cóż, jest nieźle, znacznie powyżej średniej krajowej, ale chłopaki mają dużo większy potencjał, czekam zatem na lepsze kompozycje.

Ani się człowiek obejrzał, a na scenie już UFO. Uch... ależ ten czas leci. Nie powiem, ale Phil Mogg z wyraźnymi brakami w przednim uzębieniu i mocno zniszczoną twarzą, sprawiał dość przygnębiające wrażenie, mimo, że czarował doskonałym humorem (popijając oczywiście piwko). Jeszcze "ciekawiej" prezentował się już 70-letni (sic!) Paul Raymond z babcinym imidżem, który wszedł na scenę, jak ktoś to ładnie podsumował, totalnie odłączony. Na szczęście zagrał swoje... Do tego kolejny weteran, na perkusji - Andy Parker - z nieodzownym uśmiechem na twarzy i dwóch "młokosów". 50-letni Vinnie Moore imponował burzą długich, kręconych włosów, dopóki w pewnym momencie nie stanął do publiczności tyłem... No i Rob De Luca, który wyglądał jak syn Titusa z Acid Drinkers, a chłop ma też już ponad 30 lat na scenie... Doprawdy, do pełni szczęścia brakowało tylko Michaela Schenkera i bójki na scenie po dwóch utworach...

Imidż, imidżem, ale jak chłopaki ruszyli z Mother Mary to już żartów nie było. Porwali od początku, a Mogg choć miotał się z mikrofonem - i, niestety, momentami nieco seplenił - to jednak czarował mocą głosu i barwą. Vinnie Moore porwał publiczność kapitalnymi solówkami, a co ważne, w starszych utworach nie ograniczył się tylko do kopiowania fenomenalnych partii Michaela Schenkera, ale sporo dodał od siebie. A, że facet doskonale wie o co w grze na gitarze chodzi, to słuchało się go z podziwem i olbrzymią przyjemnością Z kolei Raymond niby w innym wymiarze, ale czujnie serwował znakomite podkłady gitarowo-klawiszowe.

Grupa postawiła na repertuar klasyczny - spośród dziesięciu utworów, tylko trzy pochodziły z okresu gry Moore'a w zespole, a z nich wyłącznie Burn Your House Down dorastał do poziomu klasyków zespołu. A te UFO zagrało tak, jakby zespół tworzyli dwudziestolatkowie podbijający świat ze swym świeżutkim repertuarem. Lights Out, Rock Bottom (Moore dał czadu!) czy Let It Roll zabrzmiały fenomenalnie, a mniej oczywista perełką było Venus z Walk On Water z 1995 roku.

Choć cała publiczność bawiła się dobrze, a szczególnie pokolenie 40+, to jednak dla większości jedynym znanym numerem był Doctor Doctor. Lekka konsternacja zapadła na scenie, w momencie kiedy Mogg przedstawiając Moore'a, dwukrotnie zagadał publikę (raz specjalnie mówiąc wolniej), licząc na to, że po there's only one thing, he can't do... Because only you can usłyszy rock me, rock me. Usłyszał, ale wyłącznie, nasze swojskie, wszechobecne napierdalaj, napierdalaj, które wyryczała mu całkiem spora grupa, a które potem już skutecznie zagłuszało każdą jego wypowiedź. Ot, a potem są pretensje jak się mówi, że tylko troglodyci słuchają heavy-metalu. Swoją drogą zespół Only You Can Rock Me zagrał jakoś bez entuzjazmu, lekko zgaszony. Muzycznie występ porwał, nawet bardzo, ale jednak patrzenie na muzyków skłoniło mnie do pewnych refleksji, o których pewnie wkrótce w jakimś felietonie.

Po zejściu UFO przed sceną zawisła na niespełna pół godziny płachta z imponująco wyglądającym logo zespołu. Kiedy z taśmy zabrzmiały: pierwsza zwrotka War Pigs, a następnie intro do Battle Cry, w Golden Circle było nareszcie tłoczno, jak na porządnym koncercie. Zapełniły się także trybuny i - przy zgaszonych światłach - z perspektywy spod sceny wyglądało wszystko całkiem nieźle. Pal jednak licho z frekwencją, na scenie Judas Priest.

To, że Rob Halford wkroczył na scenę o lasce, śpiewając pierwsze wersy Dragonaut, było dość symptomatyczne. Oczywiście, to element scenografii, który zaraz odrzucił, ale jednak obserwując sposób poruszania się wokalisty na scenie (zgarbiony nieco jak Mr. Osbourne), fakt, że praktycznie pod koniec każdego utworu znikał za kulisami (pretekstem zmiana katany) oraz słuchając licznych efektów, związanych z echem i "delayami", nakładanych na jego wokal, było pewne, że pewne czasy minęły bezpowrotnie. Muzyk wciąż jednak broni się wokalnie i śpiewa dobrze, pewnie, sprytnie doświadczeniem i odpowiednimi efektami "tuszując" efekt upływającego czasu.

No, nie oszukujmy się, Judas Priest to również panowie zbliżający się 70-tki! Kto by pomyślał, że będziemy mieli jeszcze okazję oglądać taki zespół na żywo w 2015 roku, 41 lat od Rocka Rolli! Owszem, widok bardzo dostojnie wyglądającego, klasycznie bujającego się Iana Hilla w naćwiekowanym stroju, robi dość osobliwe wrażenie. Ale człowiek ten wie o co chodzi w heavy-metalu i zjada na śniadanie całą współczesną scenę, nie tylko wstępem do The Rage, który zabrzmiał tego wieczoru bardzo soczyście. Podobnie jest i z Glennem Tiptonem, który ciął gitarą jak piłą tarczową i czarował nie tylko swym pięknym brzmieniem, ale i doskonałymi solówkami. Czemu czas biegnie tak nieubłaganie? Kto tych ludzi zastąpi? Kto będzie nas bawił na koncertach?

I przy tej okazji muszę wspomnieć o gównażerii. 35-letni Richie Faulkner gwiazdorzy i pręży się za dwóch, buzując testosteronem i prowokując publiczność, pompując dość wysoko wyraźnie niemałe ego. To dobrze, bo nadaje grupie odpowiedniej dynamiki, tak potrzebnej na scenie pełnej panów w wieku iście zasłużonym. Najważniejsze, że gra partie K.K. Downinga z należytą atencją i na doskonałym poziomie oraz dobrze wkomponował się w zespół wizualnie, jakkolwiek by traktować wizualną prezencję Judas Priest. Widać też, że starsi koledzy przyjęli go sympatycznie i chłopak ma znacznie łatwiej niż miał swego czasu Ripper Owens, choć jeden fałszywy akord i...

Po zrzuceniu płachty wrażenie zrobiła na mnie ściana sporych ledowych ekranów pod perkusją, tradycyjnie umiejscowionego piętro wyżej w stosunku do kolegów, Scotta Travisa, jak i za jego plecami. Spodziewałem się całkiem fajnych wizualiów, niestety dominowały obrazki bylejakie i w kiepskiej rozdzielczości. Trochę szkoda. Na szczęście światła robiły swoje.

W porównaniu do koncertu w Łodzi, w setliście zmieniły się dwa utwory. Devil's Child zostało zastąpione, ku memu niezadowoleniu, przez przeciętne - również w gdańskiej odsłonie - Desert Plains, a Jawbreaker na Screaming For Vengeance, tu, powiedzmy, było ok. Z nowej płyty zabrzmiał zestaw trzech pierwszych numerów - Dragonaut, Redeemer of Souls i Halls of Valhalla. Przyznam, że byłem zaskoczony jak znakomicie publiczność reagowała na te numery, które w wersji koncertowej jeszcze bardziej ukazały swą nijakość i przede wszystkim słabe refreny. Jedyny moment dreszczu, to wstęp do Halls of Valhalla, ale sam utwór był chyba najsłabszym w secie, przede wszystkim ze względu na kiepskie, mocno agresywne ścieżki wokalne, na które Halford wyraźnie nie miał pomysłu i których wyraźnie nie wiedział jak ugryźć na żywo. No dobra, przy Dragonaut też ciary były, ale to bardziej ze względu na otwarcie koncertu, aniżeli sam utwór.

Poza tym sam cios, za ciosem. Między oczy. Metal Gods zagrane jako drugie od razu wprowadziło w atmosferę metalowego święta, ale pierwszym momentem, który dosłownie zmiażdżył było fenomenalne Victim of Changes - od przepięknego unisono gitarowego na wstępie, po zwrotki z niszczącą ścianą gitar, aż po doskonale zaśpiewaną liryczną końcówkę. O The Rage już wspomniałem, była to dla mnie chyba najbardziej zaskakująca perełka wieczoru, a niby ograny Turbo Lover rozgrzał publikę do czerwoności. A o tych najbardziej oczywistych rzeczach pisać, że wypadły kapitalnie to truizm taki jak stwierdzenie, że na Hell Bent for Leather Halford wjechał na scenę na motocyklu... Może warto wspomnieć tylko, że w Breaking The Law wokalista wrócił do samodzielnego wyśpiewywania zwrotek i, że wciąż szkoda, że w momencie gdy genialne The Hellion leci z taśmy na scenie jest pusto. Chciałbym ujrzeć w tym momencie na scenie Tiptona i Downin..., wróć, Faulknera.

Muzycy bawili się na scenie równie dobrze jak publiczność, co szczególnie widać było po Tiptonie i Halfordzie, który, tradycyjnie, przy You've Got Another Thing Comin' poprzekomarzał się nieco ze zgromadzonymi różnymi przyśpiewkami typu "yeah, yeah, yeah, ye ye ye".

Koniec nastąpił oczywiście przy doskonałym na tę okazję Living After Midnight. I co? Może zabrakło kilku moich faworytów, może Halford nie jest w stanie wyciągnąć większości górek, ale co z tego. Zespół zaserwował słuchaczom prawdziwą ucztę złożoną głównie z utworów najwyższej możliwej jakości. I chwała im za to. I tylko raz jeszcze na myśl przychodzi smutne - kto ich zastąpi... Bo jakoś nie wyobrażam sobie, że za jakiś czas napiszę, że 80-letni Rob Halford pokazał, że wciąż drzemie w nim moc, jakiej próżno szukać na współczesnej heavymetalowej scenie.