Encyklopedia Rocka

Rock przetrwa - rozmowa z Siczką

KSU wciąż na fali! To już 38 lat na scenie, a zespół wciąż jest w znakomitej formie i jako jedna z nielicznych kapel ikonicznych dla polskiego punk-rocka wciąż aktywnie wydaje płyty i koncertuje, ciesząc się niesłabnącą popularnością. Co więcej, wciąż się rozwijają i zaskakują. Bo czy jeszcze parę lat temu ktoś mógł sobie wyobrazić, że na scenie obok Siczki, drugiego gitarzysty i sekcji rytmicznej, staną: skrzypaczka, wiolonczelistka, pianistka, flecista i muzyk grający na lirze korbowej? I, że klasyczne utwory zespołu (nie tylko te balladowe) przedstawione w łagodniejszej wersji, z tak bogatym instrumentarium, będą brzmiały wprost kapitalnie i będą tak dobrze przyjmowane przez publiczność, nawet tę jednoznacznie nastawioną na "czady"? Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji usłyszeć łagodniejszej wersji KSU, jak najszybciej to nadróbcie!

Z Siczką, liderem i wokalistą zespołu miałem okazję porozmawiać tuż przed koncertem w Radio Gdańsk. Mimo wyraźnego zmęczenia intensywnymi podróżami po Polsce (4 koncerty w 4 dni), muzyk z chęcią, w miłej, sympatycznej atmosferze odpowiedział na kilka pytań.

rockers.com.pl: Zacznijmy od Waszego ostatniego wydawnictwa. Ani się człowiek obejrzał, a od wydania płyty Dwa Narody minęły już prawie dwa lata. Jak oceniasz ten album już na chłodno, z perspektywy czasu?

Siczka: Właśnie... Mnie się wydaje, że niedawno ta płyta wyszła, a tu rzeczywiście, to już półtora roku. Już powinienem kończyć następną płytę, ale jakoś nie mogę się zebrać. Ale chyba trzeba będzie, zwłaszcza, że 40-lecie zespołu się zbliża niedługo (śmiech). Lubię ten album, szczególnie za brzmienie, choć szczerze mówiąc nie jest to jeszcze to brzmienie, jakie chciałem uzyskać.

To była ciężka praca, bardzo dużo utworów i nagrywanie takiej ich ilości jest jednak bardzo męczące... Choć tak naprawdę to nagrywanie to jest pół biedy, problemem jest zgrywanie, przy takiej ilości numerów jest to bardzo problematyczna sprawa, jak podejść do każdego z utworów... Ciężko było ocenić jakie brzmienie chcemy uzyskać.

Ogólnie nie jestem zadowolony ze zgrań kilku utworów, ale to nie jest wina Jasia Kidawy, ale i nasza. Nie dopilnowaliśmy tego... Jak człowiek siedzi długo w studio, to jednak zmęczenie daje o sobie znać, już ucho nie to, nie ma tej czujności. No i troszeczkę za szybko to żeśmy zrobili, można było zgrać, odczekać z miesiąc i wrócić do tematu...

R: No właśnie, miałem wrażenie, że płyta została wydana dość nagle, nieoczekiwanie...

S: Tak, terminy nas goniły, przede wszystkim studia, musieliśmy się wyrobić na czas. W efekcie jest też niestety problem z miksem, niezbyt dobrze zostało to zmiksowane, w niektórych numerach to słychać...

R: To fakt, szczególnie pod koniec albumu, ma się wrażenie, że gitary są przesterowane...

S: Tak, jest kilka numerów lekko przesterowanych, najpewniej wyszedł problem przy kompresji, ale tak jak mówiłem, przy takiej ilości utworów to już pewnych rzeczy nie zauważasz. Nie było czasu...

R: Mimo tych drobnych niedociągnięć album jako całość brzmi na pewno dobrze. Przede wszystkim to pierwsza od dłuższego czasu płyta KSU z żywą perkusją, do tego mamy całe multum instrumentów folkowych. Nie sposób nie zauważyć, że mimo wspomnianych lżejszych instrumentów, brzmi bardzo punkowo, brudno i wściekle, ale i naturalnie, nie tak syntetycznie jak, dajmy na to, Nasze Słowa

S: W wielu miejscach to robiliśmy. Perkusja w Sosnowcu nagrywana, gitary i wokale u mnie w chacie, część instrumentów akustycznych też, inna część u naszego flecisty, Konrada (Oklejewicza - dop. M.Wilmiński)...

Swoje zrobiło strojenie mojej gitary, mam tutaj ją niżej nastrojoną, zupełnie inaczej niż na poprzednich płytach. Także ja gram tę gitarę niższą, podkłady i to wszystko robi się już cięższe. Ale to jeszcze nie jest to brzmienie, co bym chciał.

R: Od jakiegoś czasu koncerty KSU mają rozbudowaną, lżejszą część akustyczną. Jak utwory z rozszerzonym folkowym instrumentarium sprawdzają się na koncertach? Czy fani przywykli już do tego uszlachetnionego wcielenia grupy?

S: W sumie po raz pierwszy zagraliśmy w tym składzie rok temu na koncercie w Ustrzykach Dolnych. Wiadomo, część publiki, ci, którzy przyszli posłuchać czadów, odeszli od sceny troszeczkę na bok, mieli czas na spożycie jakiegoś wina owocowego czy browarka (śmiech).

Przyjęcie? Ogólnie dobre było, a na ostatnich koncertach wręcz wspaniałe. Jednak ludzie reagują na te instrumenty dawne, lirę korbową czy flety, różne dziwne piszczałki, których Konrad używa. Ludziom się to podoba, ile może słuchać trzepanych gitar? Ale oczywiście z tego się nie wycofuje, będziemy grali jak do tej pory, jak zawsze, z tymże z domieszką utworów akustycznych, z instrumentami dawnymi.

R: A propos Waszych koncertów. Nieodzownym ich elementem jest nieśmiertelny Jabol Punk, którego fani, często dość namolnie, domagają się już od pierwszych sekund koncertu. Od dłuższego czasu wokalnie wykonuje go Leszek Dziarek. Jak traktujesz ten utwór, po tylu latach wykonywania, dla wielu będący synonimem KSU?

S: Przez cały koncert krzyczą (śmiech), ja mam dość tego numeru, ale nie tylko tego (śmiech). Ale Jabol Punk jest z pierwszej płyty, gramy go od tylu lat... A, że Dziarek lubi go śpiewać, to czemu nie?

Już od dłuższego czasu gramy go na początku koncertu, ale sam słyszałeś wczoraj w Gdyni, że i tak chwilę potem znów krzyczeli. Więc i tak trzeba go potem drugi raz zagrać, na końcu (śmiech).

R: Wracając do "Dwóch Narodów", utwór 11.11.2012 poświęcony jest pamięci Grzegorza "Gigersa" Korytko, muzyka grupy Gigers. Czy mógłbyś przybliżyć naszym czytelnikom tę postać?

S: Chłopak przeżył jakieś swoje prywatne dramaty w życiu, a ukojenia szukał w muzyce. Słuchał dużo KSU, podobały mu się teksty i postanowił się ze mną spotkać. To był czas, kiedy były jeszcze telefony stacjonarne, znalazł mnie w książce telefonicznej, zadzwonił. Umówiliśmy się w knajpie w Ustrzykach, tam się poznaliśmy. Bardzo miły, sympatyczny chłopak, ale psychicznie załamany, myśli samobójcze.... Zaprzyjaźniliśmy się, wkręciłem go w środowisko muzyczne, troszeczkę się pozbierał. Po paru latach znowu te czarne myśli wróciły, zaczęliśmy znów częściej się spotykać i się uspokoiło. Z czasem zaczął sam coś komponować, pisać sobie teksty, pomogliśmy mu w tym i pomogliśmy mu to nagrać. Wydał płytę sam... Przed śmiercią nie kontaktował się z nami przez rok. Jak się okazało, znów miał ten dół i 11 listopada się powiesił... A był to bardzo sympatyczny, młody chłopak, niewiele ponad 30 lat... Już miał utwory na nowy album, a wiadomo, że tym pierwszym żadna wytwórnia się nie interesowała, nie było żadnego echa, on to sam wydał własnym sumptem. Ale Polskie Radio ma już w swoich archiwach ten album, o co się postarałem.

R: Na płycie w chórkach słychać Bartosza "Qqsia" Kądziołkę, basistę KSU w latach 90. Jak doszło do tej współpracy po latach?

S: Tak (śmiech). Widujemy się często, kumplujemy się. Akurat nagrywałem wokale, wpadł do mnie, no to pośpiewał to i owo (śmiech)

R: Od wielu lata KSU współpracuje z Jasiem Kidawą, głównie w roli producenta, choć był czas, że był on członkiem zespołu. Zawsze nurtowało mnie jak ta współpraca się zaczęła. I czy to Jasiowi zawdzięczamy heavymetalowy gitarowy pazur płyty "Moje Bieszczady", do dziś robiącej wrażenie pracą gitar i momentami wręcz metalowym pazurem.

S: To się zaczęło w 1993 roku. Para Wino zaprosił mnie do nagrania płyty Siczka i Para Wino, gdzie zagraliśmy covery Sham 69 i 999. Jaś to nagrywał i wtedy się poznaliśmy, zaprzyjaźniliśmy się i do dzisiaj ta przyjaźń trwa. Nigdy nie byliśmy skłóceni, naprawdę super gość. W ogóle ta ekipa muzyczna z Wrocławia, to super ludzie są, sympatyczni.

Co do płyty Moje Bieszczady, cóż, nie została najlepiej nagrana. Mało kto o tym wie, może w książce opisane (chodzi o książkę K.Potaczały - KSU - Rejestracja Buntu - dop. M.Wilmiński) jest coś więcej na temat jej nagrywania, ale została ona zarejestrowana na magnetofonie kasetowym 6-śladowym (śmiech). Także czasem jak jest solówka, to musi zniknąć gitara podkładowa, chórków tam za bardzo nie było gdzie wstawić, bo śladów nie było, ale płyta... no, da się nawet słuchać (śmiech). Szkoda tylko, że bębny są tam układane, niestety automat i dziwnie to brzmi...

Metalem zawiało, bo Wojtek (Maciejewski - dop. M.Wilmiński) z Sedesu zagrał tam dwie solówki, a on ma dryg do metalu, mimo że grał w punkowej kapeli. Na pewno w Nad Trupem Jugosławii ma solówkę i chyba w Wojowniku... I tam słychać ten pazur gitarowy, metalowy. A Jasiu też grał na tej płycie...

R: Kiedyś żartowano, że KSU zmienia skład częściej niż Deep Purple. I kiedy wydawało się, że w ostatnim czasie skład się ustabilizował, od czasu wydania Dwóch Narodów mamy kolejną zmianę, nie ma już gitarzysty Piotra Leszegi, który skomponował ciekawe, nietypowe Ten, który nie nadejdzie? Z czego wynikają tak częste zmiany w składzie? Czy może uznajesz za słuszną drogę tak lubianego przez Ciebie, Ozzy'ego Osbourne'a, że co jakiś czas trzeba wymienić skład, aby zachować świeżość i energię w grupie?

S: Fakt, dużo muzyków się przewinęło, ale fakt, że w zespole grało wielu muzyków tymczasowych, na sezon... Dajmy na to basista wyjeżdżał gdzieś latem, a trzeba było grać, to braliśmy kogoś, kto mógł go zastąpić, ten ktoś pograł miesiąc lub dwa i za chwilę znów ktoś inny.... Tak to w wielu przypadkach wyglądało. Ci, co chcieli zostać na dłużej, cóż, w większości pozakładali rodziny, a wiadomo, że z takiego grania nie wyżyjesz, musieli rezygnować i tak to się rozchodzi. Mnie, wiadomo, jest łatwiej, bo jestem kompozytorem wszystkich utworów.

A na gitarze gra z nami teraz Marcin Jasiewicz z zespołu Jesus Chrysler Suicide, fajnej kapeli z Rzeszowa. I zadowolony jestem z niego, dobrze się nam współpracuje, zaczyna też śpiewać, jest dobrze. Rockandrollowy gość, fajny chłopak.

R: Ostatnio można było posłuchać utworu Rick Danger zespołu Chaos z Twoim gościnnym udziałem. Wcześniej współpracowałeś z Kamilem (P.R.J.) w dwóch utworach w stylistyce w jakiej niekoniecznie poruszasz się na co dzień. Jak doszło do tej "bieszczadzkiej koalicji", jakie to było dla Ciebie doświadczenie?

S: Teraz już mu trzeci dograłem ostatnio (śmiech). Staram się wspierać Kamila, on ma chyba jakieś większe plany na przyszłość... Nasz tekściarz, Maciej Augustyn mnie poprosił, czy bym nie pomógł Kamilowi. Ja go wcześniej nie znałem... Ale nie ma problemu. Spotkaliśmy się, dograłem co tam chciał, potem poszły dwa kolejne numery, zobaczymy. Trzeba sobie pomagać, wiadomo, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie ciężko się przebić. Już tam następny koleś coś chce, pewnie także i z nim posiedzę.

R: Jakie są najbliższe plany zespołu? Czy jest szansa, że KSU będzie wydawało albumy częściej niż dotychczas? Czy mamy czekać kolejnych kilka lat?

S: Wiesz, nawet jak zrobię płytę dopiero na 40-lecie to już się ten czas czekania zmniejszy (śmiech). A na pewno wtedy zrobię. Szczególnie, że z Mystic dobrze się współpracuje. Jest też ten materiał koncertowy z Radia Gdańsk z 2011 roku, ale to nie wejdzie na jedną płytę, nie do końca wiadomo co z tym zrobić...

R: A są już gotowe jakieś nowe numery?

S: Kilka utworów miałem już gotowych jeszcze z myślą o Dwóch Narodach, ale nie zdążyłem ich wtedy zrobić. I chyba dobrze, bo tak płyta by miała jeszcze więcej numerów (śmiech), a tu już przesadziliśmy, bo za dużo tych numerów na płytę trafiło, trochę za dużo (śmiech). Dwadzieścia, a patrząc z perspektywy czasu, piętnaście by wystarczyło.

R: Nie oszukujmy się też, że aktywność koncertowa zespołu też ostatnio najlepiej nie wygląda. Ciężko Was ostatnio złapać na scenie...

S: To nie od nas zależy. Chęci mamy, jak wszystkie kapele w Polsce, ale jak nie ma popytu... To już nie te czasy, gdzie były cztery rozgłośnie polskiego radia, jak się w jednej puściło jakiś utwór, to pół Polski go znało.

Także moim zdaniem głównie wszystko zależy tu od mediów. Gdzie media promują, puszczają rockowe kapele, rodzimą muzykę, to w tych regionach kraju ludzie przychodzą na koncerty. Tam, gdzie tego nie ma, jest problem. W AntyRadio kiedyś puszczali trochę ostrzejszej muzyki rockowej, ale teraz trochę zmiękli.

R: Takie rockowe złote przeboje się z tego zrobiły

S: Ja nie wiem nawet, bo już nie słucham ich, mimo że zasięg mocno zwiększyli. Ale generalnie bardzo mało jest polskiej muzyki w mediach, a szkoda. Tylko rozgłośnie polskiego radia ją grają, ale teraz nie wiadomo co to będzie, duże zmiany wszędzie...

R: Może teraz będzie lepiej - wszak to za poprzednich rządów nie chciano puszczać utworów z Naszych Słów, bo niby antyeuropejskie. No to może teraz nastał dla nich dobry czas?

S: (śmiech)

R: Jesteś wielkim fanem Ozzy'ego Osbourne'a i Black Sabbath. Jeśli musiałbyś wybierać - co jest bliższe Twojemu sercu - solowa kariera Ozzy'ego czy jednak klasyczne Black Sabbath?

S: Ja się głównie wychowałem na Black Sabbath, tym właśnie klasycznym, z Ozzym, bo późniejszy to już mnie nie interesował. Lubię jedno i drugie, ale jednak bardziej ten klasyczny Sabbath. Osbourne'a raczej te ostatnie albumy mi się bardziej podobają. Te pierwsze były jeszcze takie trochę miękkie, brzmienie płaskie, nie było tego czadu gitarowego, słabsze brzmienie bębnów, wszystkiego, ale cóż - tak wtedy się nagrywało. Dziś o wiele lepiej to wszystko brzmi. A te nowe płyty... brzmienie jest super, a ja idę za brzmieniem takim raczej naturalnym, a cyfra jednak przekazuje naturalny dźwięk. Analog jest fajny, jest wielu fanatyków, którzy by do niego wrócili, bo jest łagodny dla ucha, ale cyfra przenosi bardziej naturalny dźwięk, a analog niestety odcina pewne pasma, ten dźwięk jest sztuczny. Ale i przyjemniejszy, łagodniejszy, ucha nie męczy, bo cyfra to siara, moc w ucho wali (śmiech)

R: Rok 2016 jest na razie fatalny dla muzyki rockowej. Odchodzą wielcy tej muzyki, coraz rzadziej w tak zwanych klasycznych gatunkach "dobrych płyt". Czy widzisz nadzieję, przyszłość dla gatunku, który coraz mocniej zżera swój ogon?

S: Ech, może nie jest tak strasznie. Jest wciąż dużo młodych ludzi, którzy się wzorują na tych starych kapelach, ostatnio chociażby w Sanoku spotkałem kapelę wzorującą się na Hendriksie. Jakoś to przetrwa. Czasy się zmieniają, ale jakoś ten rock się trzyma. Jest dużo kapel, wszyscy się trzymają starych klimatów, jadą na Sabbathach, Zeppelinach.

R: Słuchasz jakichś młodych kapel czy wciąż wałkujesz zestaw, który wymieniasz na końcu utworu Hej Panie Rock and Roll?

S: Ja ostatnio mało słucham. Dużo kupuję koncertów na blu-ray i oglądam, totalnie różnej muzyki. Jazz, blues, rock - wszystko. Wolę widzieć gości jak grają. Na przykładek kapele jazzowe - jak się ich słucha, to sam dźwięk, to jest trochę mało, lepiej popatrzeć jak grają na instrumentach, to jest przyjemność, jak widać, że to czują... Poza tym jak oglądasz jazzmanów, to widać, że jest to dźwięk naprawdę z koncertu. A mam sporo koncertów znanych kapel, nie będę wymieniał, tych najbardziej znanych rockowych gigantów... I słychać wyraźnie, że dźwięk jest w studio poprawiany, a do tego to widać, bo jest to niestarannie zrobione. Wiele rzeczy się z obrazem nie pokrywa. Gościu obok mikrofonu śpiewa, skończył śpiewać, a tam wciąż wokal słychać... A to przecież bardzo proste do robienia, a nawet poprawić w studio nie potrafią. Mansona zobaczyłem koncert i studio, studio. Choć tak naprawdę na żywo to jest tragedia, nie da się słuchać. No to już wolę ten dźwięk poprawiony, niż mam słuchać, jak rzeczywiście gra (śmiech).

R: Czyli co, wracając do tej kondycji rocka - póki w brudnej salce gdzieś w piwnicy struny gitar rwą - będzie dobrze?

S: Tak (śmiech). Czasy się zmieniają, ale rock przetrwa.