Encyklopedia Rocka

Uriah Heep - B90, Gdańsk, 04.12.2016 r,

Kto: Sautrus, Uriah Heep
Gdzie: B90, Gdańsk
Kiedy: 04.12.2016 r.

1. Gypsy
2. Look at Yourself
3. Shadows of Grief
4. Stealin'
5. The Law
6. The Outsider
7. Sunrise
8. The Magician's Birthday
9. Rain
10. The Wizard
11. One Minute
12. July Morning
13. Lady in Black

Bis:
14. Easy Livin'

Na początku gratulacje dla właścicieli B90 - tegoroczny sezon jesienno/zimowy to naprawdę imponujący zestaw koncertów, prezentujących różne odmiany rocka i metalu, w tym i te skrajne. Jest w czym wybierać.

Dla każdego fana hard rocka bezsporną datą obowiązkową była pierwsza grudniowa niedziela 2016, kiedy na scenie B90 mieli pojawić się legendarni Uriah Heep. Zespół współcześnie już chyba nieco zapomniany, a przecież mający jakże znakomity i bogaty dorobek płytowy.

Na początku - przeprosiny dla czytelników i grupy Sautrus - ale znów, podobnie jak w przypadku koncertu Steve Harris British Lion na support nie dotarłem. W przeciwieństwie jednak do tamtego występu, tym razem sala była wypełniona bardzo solidnie. Oczywiście dominowało pokolenie, które na tej muzyce wychowało się w latach 70. i 80. Co cieszy, nie brakowało całych rodzin.

Zespół pojawił się na scenie zgodnie z rozkładem. Zespół, czyli...? Z oryginalnego składu pozostał jeden z ojców - założycieli, 69-letni gitarzysta Mick Box, ale zarówno wokalista Bernie Shaw, jak i, przypominający skrzyżowanie Donalda Sutherlanda z Emmetem Brownem z "Powrotu do przyszłości", klawiszowiec Phil Lanzon są w zespole już od lat trzydziestu, także lipy nie było. To prawdziwe Uriah Heep z krwi i kości, a nie jakiś cover band czy dumny szyld, pod którym kryją się dorabiający do emerytury muzycy, którzy gdzieśtam przewinęli się przez pojedyncze albumy. Zresztą zespół wciąż regularnie nagrywa przyzwoite płyty, jak i koncertuje. Skład uzupełnia sekcja rytmiczna: groźny perkusista Russell Gilbrook (w zespole od 2007 r.) i poruszający się jak bocian, chudziutki basista Davey Rimmer (w zespole od 2013 r.) z basem ze świecącymi markerami. Co do tego ostatniego, myślałem, że ekipa wzięła sobie jakiegoś młokosa do składu, tymczasem gość ma prawie 50 lat. Niebywałe.

Miałem pewne obawy co do formy weteranów, bowiem był to ich trzeci koncert w Polsce zagrany dzień po dniu (wcześniej - Katowice i Poznań). Przyznam też, że kompletnie nie wiedziałem czego się po ich występie spodziewać, śledziłem dokonania studyjne, ale nie miałem pojęcia w jakiej formie koncertowej się znajdują.

Wątpliwości rozwiali szybko. Dwa szybkie strzały klasykami - Gypsy i Look at Yourself i... totalna miazga. Potężne brzmienie (może jednak nazbyt głośne, a za mało selektywne), świdrujące uszy dialogi gitarowo - klawiszowe, potężna perkusja z niebanalnymi liniami basu, no i mój bohater wieczoru - Bernie Shaw. Rockman z krwi i kości, rockman pełną gebą, z cyklu "tacy, już się nie rodzą". Dowcipny, wyluzowany, pewny siebie, z głosem jak armata, nie oszczędzający się nawet przy tych najbardziej forsownych partiach. Oglądać go w akcji - coś wspaniałego. Na żywo śpiewa też ze znacznie większą mocą niż na płytach. Co ważne - świetnie brzmiały wokalne harmonie ze strony niemalże całego zespołu, przecież znak rozpoznawczy zespołu. Doskonale wzbogacały takie na przykład Sunrise czy Look At Yourself. Shaw próbował zachęcić do śpiewania publiczność, chociażby przy sprzyjającym ku temu Stealin', ale wychodziło to średniawo, z wyjątkiem oczywiście Lady in Black.

Mick Box, z wciąż długimi, siwiuteńkimi włosami sprawiał wrażenie jowialnego dziadka, który zaraz, przy kominku, poczyta wnukom książęczkę na dobranoc. Tymczasem co krzesał ze swojej gitary... Dostojnie, wręcz minimilistycznie, ale jakże czujnie i co za magiczne dźwięki... Skądinąd co i rusz prawą ręką wymachiwał do publiczności, czyniąc jakby niewidzialne zaklęcia... Działało. Najwięcej do popisu miał podczas długiego psychodelicznego The Magician's Birthday, jednego z najbardziej magicznych punktów wieczoru. Emocję wystudziła ballada Rain z tego samego albumu, gdzie Box mógł odpocząć, a pole do popisu dostali Shaw i Lanzon.

Z ostatniej płyty, Outsider, zagrali trzy numery: tytułowy, One Minute, The Law. Dwa pierwsze wypadły dosyć niezłe, z kolei The Law był zdecydowanie najsłabszym momentem występu. A tak, same lata 70, sama klasyka...

I przyznam, że brzmiało to wszystko, jakby czas się zatrzymał, a na scenie zamiast panów po 60. biegali młodzieniaszkowie. Oczywiście najbardziej magicznym i wyczekiwanym momentem wieczoru było July Morning - wykonane po prostu idealnie. Usłyszeć ten utwór na żywo - coś niesamowitego. Kiedy rozejrzałem się wokoło - niektórzy mieli autentyczne łzy w oczach. Podobne reakcje powodowało Lady In Black i wieńczące całość - już na bis - krótkie, ekstatyczne, czaderskie Easy Livin'.

Po 90 minutach byłem niezwykle szczęśliwy. Szczęśliwy, że mogłem takie utwory usłyszeć na żywo, wykonane przez zespół będący wciąż w doskonałej formie wykonawczej. Kapitalny występ...

Wracając SKM-ką usłyszałem dobiegający z przodu taki oto dialog, młodej, na oko 20-letniej dziewczyny z ojcem:
- Tato, to było cudowne
- A, July Morning, co za wykonanie
- O tak, odleciałam totalnie, chyba trwało z 20 minut
- W oryginale ma chyba 17...
- Przepiękne, po prostu przepiękne. Jak i cały koncert.