Encyklopedia Rocka

Black Label Society, Klub Eter, Wrocław, 25.06.2014 r.

Kto: 1One, Black Label Society
Gdzie: Klub Eter, Wrocław
Kiedy: 25.06.2014 r.

Setlista:
1. My Dying Time
2. Godspeed Hellbound
3. Destruction Overdrive
4. The Rose Petalled Garden
5. Heart of Darkness
6. Overlord
7. Damn the Flood
8. Guitar Solo
9. Parade of the Dead
10. Angel of Mercy
11. In This River
12. The Blessed Hellride
13. Suicide Messiah
14. Concrete Jungle
15. Stillborn

Wyobrażacie sobie, że w roku 2014 bezpośredni pociąg ze Szczecina do Wrocławia jedzie (planowo!) 7 godzin! Niewyobrażalne! Miałem zatem sporo czasu na lektury, słuchanie muzyki czy wspominki. Ostatni raz widziałem Black Label Society na żywo w czerwcu 2005 w Warszawie i nie będę ukrywał - to był jeden z najlepszych koncertów, na jakim byłem. W pamięci pozostało zaskoczenie na twarzach muzyków przywitaniem i atmosferą ze strony fanów (to był debiut grupy w Polsce), stage diving technicznych, świetny skład (Catanese, LoMenzo, Nunenmacher), który towarzyszył Zakkowi, chóralne Mama I'm Coming Home, niesamowicie uduchowione, długie, wspaniałe In This River czy w końcu opętańcze, kapitalne wykonania Suicide Messiah, Fire It Up i Genocide Junkies. Tym razem jechałem ze sporymi obawami, nie ukrywam, że dopiero ostatni album przywrócił we mnie nadzieje w dokonania zespołu, w który moja wiara została mocno nadwątlona coraz to słabszymi wydawnictwami od czasu Mafii z 2005 roku.

Bramy klubu Eter otworzyły się w deszczowej aurze parę minut po 18. Na miejscu nieprzyjemne zaskoczenie, za katanę i torbę w szatni kasują podwójnie - dwa numerki, a w sumie 8 zł. Przykre, że wciąż tak wygląda rzeczywistość naszych klubów... Po zejściu na dół na miejsce występu, kolejne zaskoczenie - malutka scena, jak i "fosa" dla publiki - od miejsca występu do stołu mikserskiego ledwie kilka kroków. Fajnym akcentem były oryginalne graficznie flagi (polski bullseye rozchodzący się niczym fale dźwiękowe - rewelacja!) polskiego fan-klubu wywieszone na podeście tuż przy scenie, ciekawostką był też balkon, również znajdujący się bliziutko sceny, gdzie spora część fanów na siedząco z piwkiem mogła podziwiać gwiazdy wieczoru. Generalnie - publika dopisała i szczelnie wypełniła klub. Co szczególnie istotne, znaczna część publiczności, ubrana była w firmowe "blacklabelowe" akcesoria.

Jako pierwsza wystąpiła polska nadzieja - 1ONE dyrygowana przez niepozornego w image'u, a zachwycającego umiejętnościami (i rozstawem palców na gryfie!) 18-letniego gitarzystę, Adama Malickiego. Zespół fajnie spisał się w roli supportu, prezentując dawkę klasycznego hard rocka ze swym najbardziej znanym, zapadającym w pamięć utworem Innocent Romantics na czele. Zaskoczeniem była dziwnie znajoma postać wokalisty, znacznie starszego od pozostałych muzyków, który tuż przy mikrofonie umieścił iPada, do którego co jakiś czas zaglądał... weryfikując teksty (?), a nawet... przedstawiając zespół (?!!). Generalnie sprawiał wrażenie lekko zagubionego, jakby dołączył do kapeli przed chwilą. Kiedy w końcu przedstawił się jako Adam Wolski, wszystko stało się jasne - przyznam, że dla mnie zaskoczeniem było słyszeć lidera Golden Life w takim repertuarze, ale wypadło to ciekawie. Na stronie zespołu ciężko doszukać się jakichkolwiek informacji, nie wiem zatem czy to jednorazowa współpraca?

Po półgodzinnym występie 1ONE czekało nas tyleż przerwy, a gdy opadła kurtyna... pod sceną rozpętało się prawdziwe piekło! Młyn na całego, szał uniesień w pełni, ogromny ścisk, kotłowanina ze wszystkich stron, ciężko było złapać oddech! Z drugiej strony muzycy na wyciągnięcie ręki, choć szaleństwo było takie, że nawet po lekkim wycofaniu się, nie dało się ani sekundy ustać w miejscu, aby lepiej się przyjrzeć sytuacji! Cóż, My Dying Time to zdecydowanie najlepszy numer z Catacombs Of the Black Vatican, znakomicie wypadł też w wersji na żywo, właściwie już teraz można powiedzieć, że to murowany klasyk! Fantastyczny numer!

Kocioł utrzymał się przy kolejnych Godspeed Hellbound i Destruction Overdrive, lecących właściwie jednym ciągiem. Niestety, brzmiało to jak potężna, ale chaotyczna ściana dźwięku z rozmazanym, ginącym wśród gitar wokalem, co w efekcie dało mało zjadliwą, acz motoryczną miazgę, w sam raz na podkład dla przyscenicznych szaleństw, ale niekoniecznie dającą satysfakcję w słuchaniu. Zakk nie był w najlepszej dyspozycji wokalnej, ale główny problem był z brzmieniem, którego moim zdaniem ofiarą padły także kolejne utwory z najnowszej płyty - Heart Of Darkness i Damn the Flood czy niewiele starszy Parade of the Dead, wypadając w efekcie absolutnie nieprzekonująco, aczkolwiek w przypadku utworów z "katakumb" mocnym punktem były znakomite sola.

Zakk Wylde całkowicie skupiał na sobie uwagę publiki. W charakterystycznym image'u (coraz bardziej podobny do Thora, zresztą oficjalne koszulki do tego nawiązujące w sprzedaży!), z doskonale znanymi pozami (King Kong!) tym razem bez dodatkowych wygłupów w pióropuszu, popijający wodę. Małomówny, jakby trochę wycofany, pozbawiony entuzjazmu... Na dłużej przemówił tylko w zabawny sposób przedstawiając zespół, a większe emocje pokazał tylko na koniec, kiedy był wyraźnie zaskoczony fantastyczną reakcją publiczności na Suicide Messiah. Kiedy miałem okazję stanąć bliżej i spojrzeć mu w oczy, zauważyłem wyraźnie upływ czasu, którego kompletnie nie widać z daleka... Ciężko uwierzyć, że to już prawie pięćdziesiątka, strach w tym momencie weryfikować ile lat ma Osbourne! John DeServio uśmiechał się cały koncert od ucha do ucha, widać, że to teraz on, jak dawniej Nick Catanese, jest dobrym duchem tego zespołu. Niezwykle sympatyczny basista, w przeciwieństwie do Wylde'a, szukał co chwila kontaktu z publicznością i po prostu zarażał optymizmem. Chad Szeliga po prostu zrobił swoje, natomiast Dario Lorina... Chudziutki, 24-letni gitarzysta (wygląda na jeszcze młodszego) sprawiał wrażenie stremowanego, zmieszanego i zagubionego na scenie, aczkolwiek swoją robotę wykonał jak trzeba. Cóż, dajmy mu czas.

Co ciekawego działo się na scenie? Na pewno trzeba odnotować po sięgnięcie do debiutanckiego Sonic Brew, z którego zabrzmiało nieoczywiste The Rose Petalled Garden. Zabrzmiało wybornie! Szkoda, że tylko jeden taki smaczek z przeszłości, bo zamiast kompletnie nijakiego wspomnianego Godspeed Hellbound usłyszałbym cokolwiek ze Stronger Than Death czy 1919 Eternal. Długie gitarowe solo na flyingu z pewnością podobało się i rozgrzało tych, którzy Zakka widzieli w akcji na żywo pierwszy raz, dla mnie była to chwila oddechu. Mistrz jednak wciąż trzyma formę. Przy otwierającym balladową część występu Angel of Mercy do klawiszy zasiadł Dario Lorina, który następnie ustąpił miejsca Zakkowi, by przejąć rolę głównego wioślarza w In This River. Na wzmacniaczach rozwinięto wówczas duże zdjęcia Dimebaga Darella, a utwór zabrzmiał jak zwykle uroczyście, choć bez tak rozbudowanych solówek jak dawniej i bez tego "chwycenia za serca", które poczułem w Warszawie niemalże dekadę temu. Fajnie wypadło też The Blessed Hellride, gdzie obaj gitarzyści zameldowali się na scenie z gitarami z podwójnymi gryfami, co wizualnie wyglądało fantastycznie.

Końcówka koncertu była magiczna. Suicide Messiah (z technicznym skandującym refren przez megafon), Concrete Jungle i Stillborn wypadły fenomenalnie, w dużej mierze, dzięki rewelacyjnej publiczności. Ale i dało to do myślenia, utwory te bowiem absolutnie przyćmiły wszystkie nowości poza My Dying Time...

Bisów nie było, na koniec Stillborn muzycy podziękowali i zeszli ze sceny, koncert trwał niemalże równe 90 minut. Podsumowanie? Występ dobry, aczkolwiek nierówny, na co moim zdaniem główny wpływ ma dobór utworów do setlisty. Jeszcze raz wracając do warszawskiego występu z 2005... Wydawało mi się, że zespół jest wówczas na ogromnej fali wznoszącej, która wyniesie go na znacznie większy pułap popularności. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie i BLS w całkowicie nowym (czy słabszym pokaże czas) składzie gra na coraz mniejszych scenach... Czy tak już zostanie? Krzepiące, że grupa ma wciąż wiernych i niezwykle oddanych fanów. Fanów, którzy we Wrocławiu zaprezentowali mistrzostwo świata!