Encyklopedia Rocka

WCK

Wszystko co kocham (2010 r.)
reż. Jacek Borcuch

Mający swoją premierę ponad dwa lata temu film Jacka Borcucha film "Wszystko, co kocham", to chyba najlepszy prezent jaki mogli sobie wymarzyć fani rocka dorastający w szarych latach 80. A także i Ci, którzy przyszli na świat trochę później, ale wiedzą "o co tu chodzi".

Z głównym bohaterem solidaryzować się może większość dorastających w owych czasach (a zapewne i trochę później) facetów. Spora część miała czy to w liceach czy to na studiach swoje historie, ale w gruncie rzeczy marzyła o czymś więcej, o tym, o czym teraz czyta we wspomnienia polskich punkowców. Tu Janek ma wszystko, czego trzeba. Lideruje szkolnej kapeli punkowej (muzycznie szlifuje się na fortepianie w szkole muzycznej), w której na basie gra przyjaciel, z którym wiąże go braterska więź (swoją drogą w kapeli gra też młodszy brat). Ma silne wsparcie i co ważniejsze - zrozumienie - u rodziców, szczególnie ojca, który dla syna jest w stanie poświęcić wszystko... Mimo, że na scenie zamienia się w nieokiełznanego dzikusa opętanego muzyką, to w głębi duszy jest nieśmiałym i wrażliwym romantykiem. Dzieje się dużo - pierwsze sukcesy, uznanie, pierwsze uczucie, odrzucenie, seksualna inicjacja, naiwno - szczeniacka walka z Babilonem.

To film bezczelnie nostalgiczny i melancholijny. Prosto, z niesamowitym wdziękiem opowiadającym o tym, co najważniejsze. Gdzieś w prostej historii o punkowej kapeli, przekazywane są te najważniejsze rzeczy - miłość rodzicielska, potęga pierwszej miłości, ciężkie i nierozwiązywalne problemy dorosłości, bezlitośnie toczące się koło historii...

Reżyser nie sili się na pokazanie prawdziwej istoty ówczesnej punkowości czy wszechotaczającego komunistycznego syfu. Mocno spłycono także problem stanu wojennego, ale nie historia jest tutaj najważniejsza. Ot, prosta, bezpretensjonalna opowieść, dziejąca się gdzieś w niewielkim mieście nad morzem, o którym wiemy tyle, że jest "na wyspie" (pięknie nakręcone plenery Pucka i Helu). A, że w rzeczywistości tak różowo nie było? Cóż, to obraz wyidealizowany.

Trochę brakowało mi w tym filmie więcej muzyki z tamtych lat, ale muszę przyznać, że w warstwie muzycznej (m.in. Daniel Bloom i Michał Englert) i wizualnej oglądało się go bardzo dobrze. Nie byłoby tak znakomitego efektu, gdyby nie aktorzy. Kapitalnie wypadają młodzi zdolni - Mateusz Kościkiewicz i Jakub Gierszał (na ich tle dość bezbarwnie wypada Olga Frycz), ale i wysoko dość prosto napisane role wznieśli Andrzej Chyra i Katarzyna Herman.

Na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych był to najdłużej oklaskiwany film. Naprawdę warto - nie tylko ze względów sentymentalnych. Więcej takich dzieł w polskim kinie!